sobota, 14 listopada 2015

2.Lepszy Cubone na plecach, niż Tyrantrum w powietrzu

            Rozbudzona okrzykami dziadkowego Loudreda Reksha zwlekła się powolnym krokiem ze schodów, zasłaniając oczy ręką na wypadek jakiegoś głupiego pomysłu któregoś ze swoich braci. Bo w tym domku oprócz Ralda, pana Fujiego i jej mieszkał jeszcze jeden ewenement – Lonan. Na pierwszy rzut oka można było stwierdzić, że byli rodzeństwem, wszak chłopak był jej nieco wyższą, bardziej umięśnioną kopią z nietuzinkowym poczuciem humoru prawie tak czarnym, jak jego włosy.
            I właśnie ten jegomość zaserwował dziewczynie szybkie rozbudzenie, gdy ta próbowała nalać sobie mleka, będąc w rzekomo pustej kuchni.
            -Psychocios, słonko! – Krzyknął nagle, a soczysty klaps opadł na pośladki czarnowłosej, czego efektem był głośny plask. – Na Arceusa, za ten tyłeczek dałbym się pokroić!
            -Lonan, do jasnej cholery! – Jęknęła dziewczyna, wyginając się do tyłu. Takie incydenty były dosyć częste, gdy miała wolne, jednak ból po setnym razie był tak obezwładniający, jak po pierwszym. Wysyczała przez zaciśnięte zęby. – Przysięgam Ci, jak nie będę mogła usiąść, to Ciebie też poklepię. Nogą! – Z tym okrzykiem rzuciła się na niego, na co ten ze śmiechem przyblokował ją rękami i przycisnął do siebie, żeby nie mogła mu nic zrobić. Z szerokim bananem na pociągłej twarzy spojrzał na spłaszczoną mordkę swojej siostry.
            -Nie musisz dziękować, wiem, że to lubisz!
            -Puszczasz mnie, idę się ubrać w coś znośniejszego od piżamy i się policzymy. – Mruknęła, próbując się wyrwać z żelaznego uścisku brata. Bezskutecznie.
            -Nie ma mowy! Postoimy tak calutki dzionek; ostatnim razem wykorzystałaś swój fioletowy czołg, żeby opryskał mnie tym glutem.
            -Wtedy Balm miał katar, nie mów, że Cię nie ostrzegałam!
            -Tak i akurat musiał kichnąć na mnie? Coś kręcisz..! - Zaczął czochrać ją po włosach, na co odpowiedziała głośnym piskiem i kolejną desperacką próbą ucieczki od srebrnookiego trzymającego ją w szachu. Dopiero po chwili, niczym Rayquaza zstępująca z niebios, pojawił się Esmerald.
            -Czy państwo już się na dzisiaj na molestowali? – Spytał, przewróciwszy oczami, choć i po jego zazwyczaj obojętnej twarzy błąkał się mały uśmieszek. Jak na zawołanie dwójka zawadiaków znieruchomiała, wpatrując się w niego intensywnie - chłopak nieco zdziwiony, dziewczyna jak w obrazek.
            -Ty tak bez towarzystwa? – Zmienił temat Lonan, unosząc brew. Puścił Rekshę, gdy ta zaczęła dźgać go wolną ręką pod żebrami. Oswobodzona odsunęła się na bezpieczną odległość.
            -Właśnie, gdzie jest ten mały narwaniec? – Dołączyła się do pytania, w międzyczasie zerkając za brązowowłosego, jakby doszukując się jakiejś oznaki obecności wspomnianego jegomościa.
            -Boooooon! – Rozległo się niespodziewanie za plecami Esmeralda, a biała kość wystrzeliła w stronę dziewczyny. Jednak zamiast ją trafić odbiła się od niewidzialnej bariery, która nie wiadomo skąd pojawiła się przed Liderką. W efekcie biała smuga, zatoczywszy szeroki łuk w kuchni zwróciła się do Ralda. Ten w chwilę uskoczył, pozwalając, by kość wyleciała na dwór.
            Cubone trwający o dziwo przytwierdzony łapkami do jego pleców zapiszczał wściekle, pozbawiony atrybutu. Żeby tego było mało, na zewnątrz rozbrzmiał bolesny, głośny okrzyk zwiastujący, że ktoś inny nie miał tyle szczęścia co oni i zarobił Kościorangiem w głowę. W jednej chwili w drzwiach pojawił się łeb Garchompa wraz z parą wściekle świdrujących trenerów oczu.
            -Zawsze to samo… - Westchnęła Liderka.
            -Ellie, spokojnie. - Jęknął zielonooki, unoszą ręce w obronnym geście. – Tadzik tylko spudłował, nie chciał wcale… - Jakby na zaprzeczenie jego słów brązowy stworek z czaszką na pyszczku wdrapał się na jego głowę i zaczął siarczyście odgrażać się samicy Garchompa.
            Co..? Powtórz to szczylu! – Zasyczała smoczyca i w jednej chwili znalazła się przy swoim opiekunie, rozdziawiając paszczę pełną długich zębisk. W odpowiedzi Cubone zeskoczył z głowy Ralda i popędził na dwór, piszcząc w niebogłosy, niczym stado płonących Pikachu. Ogromny granatowy taran zniknął za nim; drzwi – nic to! Ściany – nic to!
            W ostatniej chwili Lonan uratował strząśniętą ogonem ukochaną wazę pana Fujiego. Jednak szczęście było chwilowe – porcelana pękła na miriady drobnych kawałeczków, gdy staranowany Noivern Rekshy zaskrzeczał straszliwie po bliskim spotkaniu z rozpędzoną Ellie.
            -Jak bardzo mamy przesrane? – Spytała w końcu czarnowłosa, obserwując dziką nagonkę przed domem; Tadzik przecinał podwórko, potykając się na swoich krótkich, grubych łapkach. Przedzierał się miedzy innymi Pokemonami, którymi opiekował się ich dziadek, nie wyrządzając im specjalnej krzywdy, w końcu był tak mały, że chociażby Muk mógłby na niego wpaść i nic nie poczuć. Za nim, jednak podążało coś, co można by bez ogródek nazwać wrzeszczącym huraganem. Niektórzy z podopiecznych pana Fujiego w pewnej chwili po prostu wzlatywali w powietrze, nawet jeżeli nie mieli skrzydeł.
Wielkim zaskoczeniem było, gdy do grona uczestników przyspieszonego kursu szybowania dołączył Tyrantrum Lonana – Vrah. Sam dinozaur wyglądał na niesamowicie szczęśliwego, prawdopodobnie po raz pierwszy znalazł się ktoś, kto był w stanie podsadzić go na taką wysokość i nie złamać sobie kręgosłupa. Drobniejsze, zdecydowanie mniej zachwycone Pokemony stojąc idealnie w jego cieniu, wypatrywały go z góry nieświadome ciężaru, który zaraz na nie runie.
-Degir, Inferno, Sukurys, do mnie! – Krzyknęła liderka, wybiegłszy z domu. W ułamku sekundy koło niej pojawili się jej podopieczni. – Wy dwaj, zepchnijcie Pokemony spod Vraha, Sukurys, masz spowolnić jego upadek Hydropompą!
Trójka ratowników równocześnie kiwnęła głowami. Pierwszy poszedł Greninja, w mgnieniu oka pojawił się pod Tyrantrumem i wystrzelił w jego stronę potężnym strumieniem wody, dzięki któremu dotychczas bezlitośnie zbliżający się do ziemi gigant wzniósł się jeszcze wyżej. W międzyczasie Reksha, Noivern i Charizard przeprowadzali Pokemony w bezpieczne miejsce.
Błękitna żaba zapewne nie podołałaby zbyt długo swemu zadaniu, gdyby nie Milotic, Blastoise i Vaporeon, które na rozkaz swoich trenerów pojawiły się obok niej i dołączyły do siłowania z prawie trzystu kilogramowym tyranozaurem; z góry zaś dało się słyszeć tylko donośny śmiechopodobny ryk.
Sprawcami całego zajścia zajęła się reszta ich drużyn, Nidoking wraz z Meganium i Sceptilem przytrzymywali szamoczącą się i wrzeszczącą Ellie, a Mismagius i Gardevoir starały się uspokoić Tadzika, który, jak nie on, nie przestawał drażnić Garchompa. W chwili, gdy smoczyca wyrwała się z uścisku i już miała rzucić się na zaskoczonego Cubonea, pojawił się Lyn i szybkim ruchem połknął ziemnego stworka.
Tak po prostu.
Zżarł go.
Ciszę, która nastąpiła po tym wydarzeniu, przerwały dopiero nieśmiałe oklaski stojącej obok nich Delphox.
Lynie, to było prawdziwie pomysłowe Twojej strony – zakomunikowała dumna z takiego obrotu sytuacji. W efekcie pozostali świadkowie tego incydentu dołączyli się do jej owacji, przerwanych dopiero, gdy wargi Eelektrossa wybrzuszyły się – znak, że pochłonięte jedzenie postanowiło wyjść na powierzchnię.
Trzymaj go tam! – Rozkazał Sceptile, łapiąc go za pysk jak bawełniany worek.

-Uciekajcie spod niego na mój znak! – Zawołała Reksha, odkładając jednego z ostatnich dziadkowych Pokemonów. Okolica w promieniu trzech metrów była pełna błota rozsmarowanego przez biegających w tę i z powrotem Noiverna oraz Charizarda. Sama ich trenerka do połowy ud umorusana była lepką mazią, gdy zdarzyło jej się nie zgrać się z którymś z pomocników i wywracała się w bajorku, które powoli formowało się wokół ciągle pracujących wodnych Pokemonów. W chwili, gdy zdyszany Degir doniósł ostatnią samiczkę Nidorana w bezpieczne miejsce, czarnowłosa zawołała. – Już!
Wodne strumienie w ostatnim zrywie wzmocniły się, by wznieść Vraha jeszcze wyżej, a gdy ten znalazł się powyżej dachu ich domu, Greninja, Milotic, Vaporeon i Blastoise odskoczyli na boki, pozostawiając Tyrantrumowi dość grząską, błotnistą przestrzeń. Nikt nie spodziewał się, że masywne cielsko w tak krótkim czasie zdoła zmienić pozycję i sprężyście wylądować na grubych, umięśnionych nogach. Lądowaniu temu towarzyszyło donośne plaśnięcie, a na wszystko, co znajdowało się w pobliżu, spadł deszcz rozmiękczonej ziemi i brudnej wody.
-Świetnie. – Westchnęła Reksha, odgarniając z twarzy brudne, pełne piasku i wody włosy. Gdyby ktoś zobaczył ją w takim stanie na pewno nie powiedziałby, że jeszcze przed chwilą wierciła się w swoim łóżku – teraz przypominała bardziej wymęczonego długotrwałą walką Diggersbyego. Rozejrzała się po całym podwórku, z każdą chwilą coraz bardziej się garbiąc, przytłoczona nawałem pracy, która ją tego dnia czekała. – Ho-Ohu, chroń Cynową Wieżę… Kto to wszystko posprząta?
-To chyba oczywiste, że Wy. – Momentalnie zesztywniała na odpowiedź postaci stojącej kilka metrów od niej. Wiele odwagi kosztowało ją, by odwrócić się w stronę źródła głosu; starszego mężczyzny średniego wzrostu stojącego z koszem jagód między Shiny Ninetalesem, Rapidashem oraz Arcaninem wpatrującymi się w nią ze ślepiami szeroko otwartymi z zaskoczenia. – I to w trybie natychmiastowym!
No tak, musiał wrócić z lasu akurat teraz.
-Cześć, dziadku… - Obok Rekshy pojawili się jej bracia w nie lepszym stanie. Ich wzrok pełen beznadziei oznaczał całkowite pogodzenie się z losem, pytaniem jednak było, jak uporają się z błotem i małym bajorkiem zalegającym przed domem. Zbudują lepiankę z fosą?
-Nie mówiłem Wam o odwiedzinach profesora Oaka, bo liczyłem na to, że nic nie spartaczycie do czternastej. – Kontynuował starszy człowiek, marszcząc brwi. Powoli zbliżał się do trójki trenerów, a trzy ogniste Pokemony posłusznie za nim dreptały. – Razem z nim miał przyjechać jego wnuk wraz z dwójką posiadaczy Pokedexa.
Esmerald skrzyżował ręce na piersi. – Z Pokedexami? Czego oni tutaj szukają? Chyba nie powiesz, że chcą sobie uzupełnić te „wspaniałe” encyklopedie przy pomocy Twoich podopiecznych… Dziadku. – Ostatnie dodał po chwili, zdawszy sobie sprawę z braku szacunku, który okazał. Pan Fuji tylko westchnął rozdrażniony.
-Lapras, mógłbyś? – Staruszek wypuścił wodnego Pokemona, a ten bez dalszych komend zmrużył oczy i jedną celną Armatką Wodną spłukał z młodych resztę błota. Jakiś plus, teraz byli już tylko mokrzy. – Myślę, że Samuelowi chodziło bardziej o Wasze zwierzaczki. Niecodziennie można spotkać Noiverna jeżdżącego na Blastoise’ie. – Wskazał skinięciem głowy na opisaną przez siebie scenkę, na co Reksha zachichotała pod nosem. Niszczyciele, jak niekiedy nazywała swoją drużynę, mimo swego wieku zachowywali się jak dzieci. Nie broniła im tego ze względu na kawał świetnej roboty, którą wykonywali w Sali gimnastycznej; każdy powinien mieć coś od życia, prawda? A w szczególności istoty, które kochała jak swoją rodzinę.
            Niespodziewanie coś zaczęło delikatnie, aczkolwiek natarczywie drapać ją w ramię. Odwróciła się zdziwiona. – Lyn? Coś się stało? - W odpowiedzi elektryczny węgorz skurczył się skupiony, by w końcu wypluć w ręce swej Pani obślinionego, ledwo żywego Cubone’a. Brązowy stworek jęknął cicho, szczęśliwy ze zmiany otoczenia, po czym zemdlał. Nie ociągając się zbytnio, czarnowłosa podała go Esmeraldowi. – Proszę. Masz swojego rozbójnika. – Skomentowała z przesłodkim uśmiechem, po czym poklepała po pysku czekającego na pochwałę Eelektrosa.
            Rald z niemałą trudnością powstrzymywał się przed wybuchem gniewu. – Tadzik… Ta kupa mięśni śliną zakleiła mu ślepka!
            -A mógł zabić, ciesz się, że skończyliśmy na etapie neutralizacji!
            -Neutralizacji?! Niech Twój Pokemon nauczy się w końcu, że nie ma wpierdzielać wszystkiego, co zobaczy!
            -Odezwał się perfekcyjny…
            Lonan, który dotychczas obserwował całą sytuację z boku w pewnym momencie złapał swoje rodzeństwo za głowy i szybkim ruchem zderzył je ze sobą, na co dwójka kłócących się zareagowała głośnym krzykiem. Zadowolony z siebie czarnowłosy uśmiechnął się szeroko.
            -Skoro problem SAM się rozwiązał, może weźmiemy się do roboty?

            Noivern rozłożył szeroko skrzydła, dzięki czemu wzniósł się jeszcze wyżej; teraz miał doskonały wgląd na całą Lawandię z góry przypominającą raczej fioletową łąkę aniżeli małe miasteczko z górującą nad nim Wieżą Pokemon. Dzięki tej właśnie „atrakcji” miasto-cmentarz nie było miejscem chętnie odwiedzanym przez innych trenerów – w większości przyjezdnymi byli dorośli w średnim wieku, którzy doświadczyli straty Pokemona. Oczywiście powstała niedawno Sala Gimnastyczna poprawiła te statystyki, nic jednak nie pozbawi Lawandii tego specyficznego, mrocznego klimatu, którym oddziaływała na ludzi i Pokemony.
            Nietoperz zatoczył kolejne koło po czym obniżył lot nad samą siedzibą Liderki, obszernemu budynkowi bardziej przypominającemu teatr, aniżeli arenę walk. Degir doskonale znał to miejsce, każdy zakamarek, pomniejsze sale, gdzie spotykał słabsze Pokemony trenerów wczuwających się w rolę strażników tego miejsca.
Ten, kto chciał wyzwać Liderkę Sali musiał przejść krótki kurs głównych elementów przygotowania przedstawienia teatralnego, poczynając na scenariuszu, czyli zapamiętaniu sekwencji ruchów, dzięki której można pokonać specjalnie wytresowanego Cloystera, przez choreografię, za którą kryła się zabawa w chowanego z Ditto w sali pełnej wszelakich rekwizytów, a na przedstawieniu, będącym ostateczną walką z Liderką, kończąc.
            Noivern wylądował ostrożnie na szczycie spadzistego dachu i złożył skrzydła na wypadek, gdyby wiatr postanowił zrzucić go na ziemię. Do jego czułych uszu dochodziły szmery i piski dzikich Pokemonów kręcących się nieopodal Sali oraz systematyczne okrzyki duchów kryjących się w Wieży. Nic nie wskazywało na to, że ten dzień wolny od walk będzie się specjalnie różnił od pozostałych weekendów. Wielki nietoperz miał spokój, tak jak lubił.
            Spokojem tym nie mógł jednak nacieszyć się w samotności. Nie minęło pięć minut, gdy do jego kontemplacji dołączył Inferno, wylądowawszy na dachu w o wiele mniej wdzięczny sposób. Łypnął na Degira, po czym spojrzał w tym samym kierunku co on. Trwali tak przez chwilę.
            Minęło tyle czasu – zaczął Charizard – a ja ciągle nie mogę się przyzwyczaić do tej sielanki.
            Degir trzasnął ogonem jak biczem, czując, że się zastał. – Masz całe życie, żeby przywyknąć. Pani nie pozwoli, żebyśmy TAM wrócili. – Odpowiedziawszy machinalnie, uśmiechnął się po swojemu, ukazując czubeczki długich zębisk. Jednak mimo tego spokoju jego wzrok spadł na średniej wielkości kamień tkwiący na jego klatce piersiowej w miejscu, gdzie miał serce. Błękitny klejnot mienił się w świetle słońca, przynosząc na myśl czyste, bezchmurne niebo. I białe kitle.
            W pamięci wyrył mu się obraz stojących nad nim długich, białych sylwetek w czasach, gdy jeszcze był niewinnym, ciągle piszczącym Noibatem. Mówili coś głośno, śmiali się, gdy jemu serce prawie wyskakiwało z piersi ze strachu. Potem jak mrugnięcie okiem, w jego wspomnieniach pojawiała się spora strzykawka i wraz z krótkim ukłuciem bólu wszystko zachodziło czernią.
            A gdy czerń zniknęła, na piersi miał już to coś.
            Nie wiedział, czym dokładnie był ten kamień; wiedział tylko, że czasami drżał, gdy jego Pani odczuwała jakieś silniejsze emocje, choć drgania te były na tyle słabo wyczuwalne, że w pewnych momentach po prostu je ignorował. Tej nocy jednak klejnot w jego piersi, tak jak i te u pozostałych członków drużyny, wibrował jak oszalały, przez co praktycznie nie zmrużył oka. Nie przeszkadzało mu to specjalnie, w końcu i tak nie potrzebował zbyt długiego snu, ale sam fakt takiej anomalii nieco go niepokoił.
            Podskoczył lekko zaskoczony, gdy szafir, jakby na zawołanie, znów zaczął drżeć. Nietoperz mimowolnie spojrzał na pomarańczowego smoka, ten jednak wydawał się nic nie wyczuwać; dalej obserwował bawiące się u podnóża budynku Rattaty, którymi przed chwilą niezmiernie się zainteresował. Oczywiście, jego gruba, odporna na żar skóra zagłuszała wiele impulsów. Może on też powinien nie zwracać na nie uwagi?
            Zmienił zdanie, gdy niespodziewanie rozbolało go serce, a on sam automatycznie się skulił, wbijając pazury u nóg w dachówkę.
            Degir?
            Nietoperz odpowiedział męczenniczym stęknięciem, jeszcze bardziej się kuląc. Nagle jego dotychczas złote ślepia wyjaskrawiły się, a grzbiet wyprostował nienaturalnie, przez co Noivern wydawał się o wiele wyższy od Charizarda. Spojrzał dziko na Inferno.
             Odnajdę Was. Odnajdę Was WSZYSTKICH. ­– Zaskrzeczał przeraźliwie. – I znów będziemy RAZEM!

3 komentarze:

  1. Cześć ;)
    Naprawdę przyjemnie się czyta te barwne i z pewnością przemyślane opisy sytuacji. Tylko te duże grono bohaterów jest niekiedy mylące i czasami naprawdę ciężko się połapać. Końcówka w tym rozdziale jeszcze bardziej mnie zaciekawiła niż w poprzednim i ogólnie bardzo mi się spodobała i tyle pytań się namnożyło, ale najbardziej... Gdzie pani nie pozwoli im wrócić? Ciekawe co to będzie, jest obiecująco nie powiem. No i tak na koniec wyznam, że z postaci jak na razie przyciągnął moją uwagę tylko Noivern o imieniu Degir. Ciekawy nietoperz ^^. Widzimy się pod następnym rozdziałem :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hejo :)
      Oh... Za wiele postaci xD Nie jesteś pierwszym, który zwraca na to uwagę. Odpowiem podobnie, jak innym; z biegiem historii zmniejszę ilość bohaterów, bo jak patrzę teraz na pierwsze rozdziały, to rzuciłam się na głęboką wodę, chcąc wszystkich uwzględnić. Ostatecznie tylko wszystko pokaszaniłam, ale człowiek uczy się na błędach.
      Dziękuję za opinię co do, jak na razie, najbardziej interesującego bohatera. Jest jeden, sprawię, by byli kolejni ;P
      Miło mi w ogóle, ze fatygujesz się, by komentować każdy rozdział; zaczynam czuć się winna, że ja skumulowałam wszystko w jednym... ^^"""
      Pozdrawiam!

      Usuń
    2. Nie przejmuj się ja mam po prostu takie postanowienie, że komentuje każdy rozdział, który u kogoś przeczytam ^^

      Usuń