Czy to ptak? Czy to samolot? A może to latający Snorlax?! Nie! To nowy rozdział na Kvalt's Awakening! Po dłuższej przerwie, bowiem, aż wstyd się przyznać, wena autorki zbiegła i nie chciała wrócić pomimo usilnych jej próśb ;-; Mam nadzieję, że zagości u mnie na dłużej i jakoś ożywi tego bloga, bo ostatnio jedynym, co na nim było, to zawodzące Hauntery i przemykające ukradkiem kępki suchej trawy.
Mam zamiar w najbliższym czasie zatroszczyć się bardziej o sama szatę graficzną, włożyć w to więcej siebie, żeby moje dziecko było w pełni moje, a nie w połowie internetu; nagłówek jest zrobiony, choć będę nad nim oczywiście pracować. Dodam tylko, że warto śledzić jego zmiany ;)
Ten rozdział miał być dłuższą rekompensatą za ten czas "nieżycia", choć może wydać się trochę flakowaty, zważywszy na ilość akcji, która ma tam miejsce.
***
-Ty
palisz? - Rald uniósł brew, wgapiając się w brata z dozą
sceptyczności. Stali właśnie pod krytym tarasem Centrum Pokemon, bo na zewnątrz
lało jak z cebra. Przewidywana burza pojawiła się szybko, jak przemykający
między drzewami Celebi, by smagać spadającą z nieba wodą i straszyć piorunami,
na których tle jawiła się, położona na drugim końcu miasteczka, Wieża
Cmentarna.
-...Czasem - odparł Lonan niechętnie,
włożywszy sobie papierosa do ust. Przez dłuższą chwilę przeszukiwał kieszenie,
jednak nie znalazł pożądanego przedmiotu. Spojrzał niepewnie na stojącego obok
niego hodowcę. - Masz ognia?
-Lon...
-Dobra,
nie było pytania! - Z rozdrażnieniem schował nienaruszoną używkę do
kieszeni i odetchnął głęboko. Od tego pamiętnego popołudnia nie mógł zapanować
nad emocjami, nie dość, że wciąż przeżywał atak Noiverna, to kamień na jego
ręce nie przestawał drażniąco wibrować. Był jak swędzące miejsce, którego ni
jak nie mógł podrapać. - Po prostu się stresuję, nie musisz na mnie
patrzeć jak na pewniaka-samobójcę!
Rald
uniósł brwi, a na jego twarzy wykwitł lekki uśmieszek. - Gdybyś
rzeczywiście był tym samobójcą, moja twarz wyglądałaby bardziej... Bardziej jak
Gengar.
-Przepyszny
żarcik, braciszku -
łypnął na niego jak na swojego najgorszego wroga - boki zrywać po
prostu. Sposób na śmierć mam z głowy, bo twoje poczucie humoru praktycznie
rozerwie mnie na strzępy.
-Nie
dramatyzuj - starszy
z nich uniósł ręce w obronnym geście, gdyby Lonan rzeczywiście zechciał się na
niego rzucić w nagłym przypływie silniejszej irytacji. - Myślałem, że
poprawię ci tym humor.
-Humor
poprawi mi się tylko wtedy, gdy ta gnida nie będzie zbliżać się do mojej
siostry.
-Chodzi
ci o Noiverna, czy Greena?
Oczy
chłopaka rozszerzyły się momentalnie, gdy wpatrywał się w brata jak w mało
urodziwą dziewczynę, która nagle obwieściła mu, że pora kupować śpioszki. Bez
ostrzeżenia odwrócił się na pięcie i, z głośnym "Zabiję.", zwrócił
się w stronę rozsuwanych drzwi do wnętrza szpitala. Hodowca złapał go w
ostatniej chwili i mocniejszym strzałem w potylicę doprowadził do porządku,
choć widać było, że młodszemu narwańcowi niewiele brakuje do zrobienia jakiegoś
głupstwa. W pewnej chwili jednak westchnął głęboko i oparł się o barierkę,
jakby cała agresja z niego zeszła. Esmerald przekrzywił lekko głowę, nie
wiedząc w czym rzecz.
-Co
ci jest? - Zajął miejsce obok niego, wpatrzony w deszczowy krajobraz.
-Nie
wiem. - Odparł najbardziej bezradnym głosem, jaki człowiek mógłby z
siebie wykrzesać. To ewidentnie do niego nie pasowało, nie do Lonana, którego
znał. - Nie czujesz się dziwnie ostatnimi czasy? - Przerwał na
moment, czekając na odpowiedź brata, a gdy ten tylko pokręcił głową,
kontynuował - ...Coś we mnie narasta. Ja... Nie potrafię tego
zrozumieć, ale wiem, że istnieje i wkrótce nie będę w stanie tego w sobie
utrzymać. - Powiedział na jednym tchu, jakby goniło go stado
rozwścieczonych Houndoomów.
Starszy
z rodzeństwa milczał przez dłuższą chwilę, rozważając słowa trenera. Gdyby
powiedział, że nie ma zielonego pojęcia, o czym mówi, na pewno by go okłamał;
jednak kłamstwem byłoby również stwierdzenie, że konkretnie wiedział, w czym
rzecz. Wszystko było tylko domysłami, snutymi od chwili, gdy zobaczył
szkarłatny księżyc wczorajszej nocy. Na samym początku próbował sobie wmówić,
że to jakieś niezwykle widowiskowe zaćmienie księżyca i to pozwoliło mu przetrwać
noc w miarę spokojnie. Jednak poranek i nagranie z Wysp Morskiej Piany
sprawiły, że przyłapywał siebie na wgapianiu się w jakiś niekonkretny punkt, z
głową pełną przypuszczeń.
-Myślisz,
że on jeszcze żyje? - Z kolejnej zawiechy wyrwał go głos Lonana,
obserwującego go jak dzieciak liczący na potwierdzenie. Chciałby, żeby
zaprzeczył.
Mimo
że nie mógł.
-Słuchaj,
myślę, że... - Nie zdążył dokończyć, bo między nimi pojawiła się
Reksha, może trochę mniej subtelnie i energicznie, zapewne przez całodzienną
wartę przy rannych Pokemonach.
-O
czym rozmawiacie? - Patrzyła to na jednego, to na drugiego, widocznie
zaciekawiona. Ralda zaczęło zastanawiać, ile słyszała z ich rozmowy. To o czym
mówili nie było zbyt konkretne, jednak wiedział, że jego siostra zaczęłaby
zamartwiać się o Lonana i jego przypadłości. Liczył, że tak się nie stanie.
-Obgadywaliśmy
cię, Reksiu - z twarzy chłopaka zniknęła dotychczasowa niepewność,
zastąpił ją zaś ten specyficzny złośliwy uśmieszek. Poczochrał siostrze włosy,
na co ta zareagowała zirytowanym pomrukiem. – Jak na razie uzgodniliśmy, że jesteś za gruba.
Młoda Liderka teatralnie udała zaskoczenie. – Na Arceusa, jak mogłam do tego
doprowadzić?! Chyba będę musiała
odpuścić sobie tego ciepłego, przepysznego burgera, który czeka na mnie w bufecie…
-Nie martw się, niewiasto – Lon objął ją ramieniem,
wyciągając niewidzialny miecz. – Poświecę
się dla ciebie i zjem tego straszliwego demona!
-Co to to nie, cwaniaku! – Reksha wyrwawszy się z uścisku brata już miała ruszyć w stronę drzwi, żeby go wyprzedzić, gdyby nie Calhay, który w panice wpadł na taras, skomląc w niebogłosy. Wcisnął się w trenerów, jakby goniło go stado dzikich Gyaradosów. A raczej cos gorszego.
W rozsuwanych drzwiach stał Kratos, dumnie wyprostowany i majestatyczny, jak to on. Wpatrywał się szkarłatnymi, zmrużonymi ślepiami z żółtego psa z nieodgadnionym wyrazem pyska. Wciągnąwszy powietrze wypluł kłąb beżowej sierści, który najprawdopodobniej był przed chwilą w miejscu łysego placka na karku Pokemona.
-Co to to nie, cwaniaku! – Reksha wyrwawszy się z uścisku brata już miała ruszyć w stronę drzwi, żeby go wyprzedzić, gdyby nie Calhay, który w panice wpadł na taras, skomląc w niebogłosy. Wcisnął się w trenerów, jakby goniło go stado dzikich Gyaradosów. A raczej cos gorszego.
W rozsuwanych drzwiach stał Kratos, dumnie wyprostowany i majestatyczny, jak to on. Wpatrywał się szkarłatnymi, zmrużonymi ślepiami z żółtego psa z nieodgadnionym wyrazem pyska. Wciągnąwszy powietrze wypluł kłąb beżowej sierści, który najprawdopodobniej był przed chwilą w miejscu łysego placka na karku Pokemona.
Ostatni raz dotknąłeś mojego ogona,
cepie. Rozumiemy się?
– Biały lis wyglądał teraz jak bestia z najgłębszych otchłani piekieł, co jakiś
czas poruszając długimi ogonami jak mackami.
Arcanine tylko skinął łbem, przerażony tym widokiem i leżącą obok Ninetalesa kupką futra.
Arcanine tylko skinął łbem, przerażony tym widokiem i leżącą obok Ninetalesa kupką futra.
-Ile powinno wynosić moje odszkodowanie? – Bąknął
Lonan, wygramoliwszy się spomiędzy barierki a swojego ogara. Musiał przyznać,
że na balkonie robiło się coraz ciaśniej i wypadałoby to w najbliższym czasie
zmienić, chociażby ze względu na to, że jeszcze jeden delikwent i ktoś w końcu
wyleci poza rewir.
-Powinieneś mi jeszcze dopłacić, Kratos się
zestresował! – Reksha pojawiła się obok swojego Pokemona, głaszcząc go po
nastroszonym karku. Pod jej dotykiem lis rozluźnił się nieznacznie, choć jego
ślepia wciąż ciskały pioruny w Arcanine’a tulącego się do Lonana. Między
rodzeństwem wybuchła wtedy mała wojna.
-Ogolił Calhaya, jesteś chyba niepoważna,
jeśli myślisz, że ujdzie mu to płazem!
-Gdyby się nie zaczynał, nie
skomlałby!
-Oby tak dalej! Broń kolejnego
niezrównoważonego zabójcę!
Rald obserwował tę głośniejszą wymianę zdań z bezpiecznej
odległości, a raczej na tyle bezpiecznej, na ile pozwalał stalowy ogranicznik
balkonu. Czuł że to się dobrze nie skończy, być może dlatego, że przy ostatnim większym
konflikcie Reksha i Lonan prawie spalili siebie nawzajem. Spodziewając się
najgorszego przywołał leżącego przez ten cały czas w deszczu Damlę. Ten
niechętnie podniósł się i dostał na balkon. Niezauważony przemknął do swojego
hodowcy, czekając na rozkazy.
-Przestań się bulwersować, to tylko kłębek
futra!
-Cal, pokaż im, jak bardzo smutno ci
z powodu tego „tylko kłębka”! – Na te słowa Pokemon otworzył pysk wojowniczo, a w jego
gardzieli zabłyszczał rosnący, kotłujący się płomyk.
I w tym początkowo niebezpiecznym momencie o szybę rozsuwanych drzwi pacnęła czwórka awanturników, przygnieciona potężną Hydropompą.
I w tym początkowo niebezpiecznym momencie o szybę rozsuwanych drzwi pacnęła czwórka awanturników, przygnieciona potężną Hydropompą.
-Dobra
robota, Dam.
-Veeeee!
W
stołówce głośno było od rozmów kilkunastu osób jedzących właśnie kolację. W
większości byli to ludzie w średnim wieku, którzy zatrzymali się tutaj by po
przejściu burzy odwiedzić swoich dawnych podopiecznych w Wieży Pokemon;
pozostali zaś czekali na poniedziałek, a wraz z nim początek tygodnia Liderów
Sal. Rekshę przerażał fakt, że byli to głównie trenerzy świeżo rozpoczynający
swoją podróż. Mogła to stwierdzić chociażby po ich młodych jeszcze starterach,
które rozochocone turlały się między stołami. Czeka ją dzień pełen odmów.
Lecz
to nastąpi dopiero jutro. Dzisiaj musi jeszcze znosić swojego ukochanego brata,
który po incydencie na tarasie nie odezwał się do niej słowem, nie licząc
agresywnego „suń się”, gdy wymijali się w drzwiach od łazienki. Ich kłótnia
skończyła się kompletnym przemoczeniem, jeśli tak można było nazwać wgniecenie
strumieniem wody w hartowane szkło, wraz z dwoma ognistymi psowatymi
zaskoczonymi bardziej, niż Slowpoke, gdy przesadzi z Amnezją. Zanim zdążyli
wrócić do bufetu z w miarę przyzwoitym wizerunkiem, czekające na nich jedzenie
już dawno ostygło, a trójka trenerów prawie umarła z nudów. A przynajmniej
Blue; gdy zasiedli do stołu była w trakcie budowania misternej konstrukcji z
kubków, jednak Green stłamsił jej zapędy na architekta, odzyskując swoją
szklankę.
Esmerald
dopilnował, by parka bliźniaków nie miała sposobności powybijać siebie nawzajem
- wciśnięty między dwa huragany siedział nieruchomy jak głaz i równie głuchy na
narzekania młodszego rodzeństwa. Co chwila ciskane błyskawice od jednego do
drugiego sprawiły, że siedzący naprzeciwko nich posiadacze Pokedexa czuli się co
najmniej niezręcznie i niezbyt bezpiecznie, wszak mogli dostać rykoszetem od
któregoś z zawadiaków.
Po
kilku minutach jedzenia w ciszy, Reksha przemówiła, chcąc jakoś rozluźnić
atmosferę. – Więc Green… Jak ma się
twoja sala?
-Sala, jak sala. – Wzruszył ramionami i wziął łyk
coli. – Ostatnio mam mały zastój, jeśli
chodzi o walki.
-Nie przychodzą? – Dziewczyna przekręciła lekko
głowę, zainteresowana, po czym rzuciła znaczącym spojrzeniem na grupkę
dzieciaków. – Ja nie mogę się opędzić od
żółtodziobów.
Lider Sali Wertanii zmierzył młodzież niezbyt zadowolonym
wzrokiem. – Im mniej Liderów ze starej
bandy, tym bardziej spada poziom chętnych na odznaki. Wczoraj jakiś fan szortów
chciał wyzwać mnie na pełną walkę swoim jedynym Rattatą.
-Szorty jesienią? – Rald włączył się do rozmowy,
zdziwiony tym niezwykle istotnym faktem. – To
jak samobójstwo.
-Kolejny sposób. – Bąknął Lonan, przewróciwszy
oczami.
-Był już u mnie kilka razy i łaził w
szortach nawet w zimę. - Kontynuował Oak, w przeciwieństwie do hodowcy, kompletnie
niewzruszony.
-Nigdy nie wiem, co mam z takimi robić… -
Mruknęła Reksha. – Asertywność nie jest
odpowiedzią na wszystko.
-Wystarczy ich trochę nastraszyć,
ten z wczoraj zwiał na widok Pidgeota. – Odparł lekceważąco, na co jego rozmówczyni przewróciła tylko
oczami. Cały Green. Znała go niecałe siedem miesięcy, od jej pierwszego
spotkania z pozostałymi Liderami z Kanto. Byli w podobnym wieku, więc wiele nie
zajęło im dogadanie się, choć ich ostatnie rozmowy kręciły się głównie wokół
pracy.
-Jak czują się twoje Pokemony? – Gdy zapadła cisza, po raz pierwszy odezwała się drobna blondynka, siedząca obok dziwnie milczącej Blue. Na imię miała Yellow, z tego, co pamiętała. Na kolanach siedziała jej mała Pikachu z różowym kwiatkiem wetkniętym za uchem. Dziewczyna co chwila dzieliła się z nią resztkami swojej sałatki.
-Jak czują się twoje Pokemony? – Gdy zapadła cisza, po raz pierwszy odezwała się drobna blondynka, siedząca obok dziwnie milczącej Blue. Na imię miała Yellow, z tego, co pamiętała. Na kolanach siedziała jej mała Pikachu z różowym kwiatkiem wetkniętym za uchem. Dziewczyna co chwila dzieliła się z nią resztkami swojej sałatki.
Liderka
Lawandii potarła twarz, pochmurniejąc od razu. Przez te luźne rozmowy udało jej
się od tego oderwać, jednak teraz zmartwienie wróciło ze zdwojoną siłą. – Degir ma zmiażdżone skrzydło, a Inf i Balm
będą głusi przez kilka dni. Nieźle ich przetrącił…
-Co z salą? – Zainteresował się Rald.
-Jak to co? - Wlepiła wzrok w nadgryzionego burgera.. – Od jutra rozpoczynamy kolejny tydzień.
-Nie masz trzech Pokemonów, siostra.
-W ostateczności będę zmuszona
przełknąć dumę i poprosić pewnego jegomościa o pomoc – zerknęła na Lonana, który od
dłuższego czasu bujał się na krześle wgapiony w sufit. Na jej słowa jednak się
ożywił i wrócił do normalnego siadu, żeby móc zobaczyć bliźniaczkę.
-Naprawdę myślisz, że ten „jegomość” zechce
ci pomóc? Obawiam się, że jego Pokemony nie będą zbyt chętne do współpracy.
-Sądzę, że on i jego zwierzaki
powinni się ogarnąć, bo to nie pierwszy raz, gdy jego kundel gania z podkulonym
ogonem. – Zmierzyła
go hardo, co oznaczało zalążek kolejnej słownej potyczki.
-Nie robiłby tego, gdyby pewna pannica
umiała wychować swojego niewyżytego paszczaka!
-Możecie się w końcu zamknąć? – Wtrącił się najstarszy z nich,
zamykając oczy z głośnym westchnięciem. Brew drgała mu lekko. W końcu kogo nie
irytowałoby tkwienie w miejscu zetknięcia się dwóch równie morderczych frontów?
– Obydwoje zachowujecie się jak bachory.
– Odpowiedziała mu cisza, przerywana tylko przez nagły głośny śmiech
siedzącej nieopodal grupki nastolatków, kompletnie nieświadomych zagrożenia wynikającego
z obecności dwójki skłóconych. Para siedzących po jego bokach trenerów przez
dłuższą chwilę wpatrywała się w siebie wrogo, w końcu jednak rozluźnili się,
zrozumiawszy swoje błędy, i równocześnie powiedzieli:
-Przepraszam.
-Nie mogliście tak od razu? – Rald
przeciągnął się po udanej interwencji. – Wiem,
że jesteście spięci i…
-Wybacz, że przerwę, ale nie musisz
prawić nam morałów przy wszystkich. – Mruknęła Reksha, po czym wgryzła się w bułkę.
-Brak stabilności emocjonalnej to chyba
nasza cecha rodzinna… - Zaśmiał się Lonan kwaśno.
-Na dłuższą metę ciężko byłoby z wami
wytrzymać. – Skomentował Green dotychczas przysłuchujący się tej wymianie
zdań. Cała trójka odpowiedziała mu na to niewinnymi uśmiechami.
Wtem
za Rekshą pojawiła się niebieska żaba z owiniętym wokół szyi językiem. Poczekała
chwilę, aż jej pani się do niej odwróci, po czym warknęła gardłowo, co zapewne
miało coś oznaczać. Trenerka Greninjy chyba jako jedyna zrozumiała przekaz, bo
z uśmiechem pełnym ulgi podniosła się i poklepała go po głowie w akcie
pochwały.
-Dziękuję, Sukurys.
Ten
zadowolony skłonił się lekko i rozpłynął w cienkiej stróżce dymu. Lon
zadzierając głowę do tyłu, wpatrywał się w siostrę.
-Co powiedział?
-Degir się obudził. – Odpowiedziała już trochę
nieobecna, zapewne układała sobie w głowie pytania, które mu zada.
-No to idziemy! – Zawołał z entuzjazmem
młodszy z braci i objął dziewczynę ramieniem, w celu zaciągnięcia jej na piętro
szpitalne.
-Przed chwilą byłeś na mnie obrażony… -
Bąknęła zdziwiona postawą towarzysza. Ten tylko przewrócił oczami.
-Wiń geny, Reksiu! A z resztą – Z każdym
kolejnym słowem jego uśmiech poszerzał się, przez co pod koniec wyglądał jak
dość nieprzyjazny clown – byłbym
bardziej obrażony, gdyby ten szczur w międzyczasie ci coś zrobił.
-Tylko bądźcie grzeczni i nie
zaczepiajcie obcych. –
Mruknął najstarszy z nich, popijając zamówioną herbatę. Odpowiedziało mu
długie, żałosne „Raaaaald…”.
Gdy
weszli do pomieszczenia, w którym znajdował się wielki nietoperz, nie wyglądało
ono wcale jak sala, gdzie przeniesiono go po nastawieniu skrzydła; przewrócony
na bok stolik z aparaturą badającą puls leżał w pustym, wyściełanym białym
prześcieradłem kojcu, a kafelki w niektórych miejscach były mocno odrapane.
Technologia pozwalała błyskawicznie naprawić ten defekt, jednak stojąca po ich prawej, trochę skołowana, pielęgniarka
zapewne czekała, aż Pokemon opuści to miejsce. Bo wciąż na sali był, choć nie w
miejscu do tego przeznaczonym. Drżąc i sapiąc zwisał z lampy sufitowej,
owinięty zdrowym skrzydłem jak płachtą. Drugim próbował uczynić to samo, jednak
usztywnione mogło jedynie płasko przylegać do jego boku.
-Degir, co ty wyprawiasz? – Reksha
przybliżyła się do niego o kilka kroków, jednak była ostrożna, nie wiedziała,
czy nie zechce się znów na nią rzucić. – Zaraz
urwiesz lampę.
Na dźwięk jej głosu drgnął zaskoczony i jak worek jagód
gruchnął z hukiem o podłogę, by momentalnie znaleźć się przy swojej pani. Zanim
zdążyła odskoczyć, zatoczył koło sprawną kończyną i przycisnął ją do siebie,
wtulając pysk w jej tors. W tej chwili przypominał bardziej przerażonego
dzieciaka, niż stwora, który kilka godzin temu chciał ją uszkodzić. Liderka nic
nie mogła poradzić na to, że bez zastanowienia objęła jego wielki łeb.
-Ciii, jestem tutaj. – Szepnęła mu do ucha, choć czuła, że mimo jej
obecności nietoperz nie był wcale do końca bezpieczny, zważywszy na to, że cały
czas czuła na plecach wwiercający się w nią wzrok Lonana. O dziwo siedział
cicho, co było do niego dosyć niepodobne. Pewnie wkrótce się to zmieni, jednak
teraz musiała zapanować nad Noivernem. Mamrotał coś pod nosem, musiała się
bardziej wsłuchać, żeby cokolwiek zrozumieć.
…ciemno. Tak się bałem, a potem pojawił się
i zamknął mnie w klatce.
-Kto cię zamknął? – Zaczęła gładzić go po karku,
żeby się rozluźnił; musiała przyznać, że mimo jednego skrzydła miał
wystarczająco krzepy, żeby ją ścisnąć.
Obcy. Na moim terenie. Ale o wiele
silniejszy, to on jest alfa.
-Degir, jaki alfa?
Nie było żadnego innego Noiverna… - Próbowała go zrozumieć, jednak z każdą chwilą była coraz
bardziej skołowana. Za to głos nietoperza stawał się coraz cichszy, jakby
wierzył, że ten, o którym mówi mógł wrócić i rozprawić się z nim za jego słowa.
Byłem bezradny jak Noibat. On po prostu mnie
złapał i nie chciał wypuścić. Śmiał się. Głośno. I gryzł, kiedy nie byłem posłuszny.
…Ale wewnątrz. Tylko wewnątrz.
-Na krew i kości
Mew, Degir… Nic nie rozumiem! O kim ty mówisz?
Zduszony. – Charknął po dłuższej chwili ciszy. – Kvalt.
-Jaki Kvalt? Kim
on jest?
Nagle do rozmowy włączył się Lonan: - Reksha, to nie ma sensu, on ledwo stoi.
Dopiero teraz zauważyła, że tulący się do niej Pokemon drżał
jak konkretnie przerażony Tepig. Z każdą chwilą stawał się cięższy, mocniej i
mocniej opierając się o nią ciężarem ciała. Wraz z bratem i siostrą Joy pomogła
Noivernowi dostać się do uprzątniętego w czasie ich rozmowy kojca. Gdy tylko
ostrożnie opadł na prześcieradło, niechętnie puścił ją i wcisnął się w róg,
dając tym sygnał, ze ma dosyć. Ostatni raz tylko na nich spojrzał, ślepiami
przepełnionymi beznadzieją.
Przebudził się. A teraz zaczyna szukać
swoich dzieci.
Lekarka
prowadząca kazała im opuścić salę ze względu na kolejne badania i podanie leków
uspokajających. Powiedziała, że z Noivernem wszystko było w porządku, dopóki
nie chciała założyć mu obroży sprawdzającej puls; gdy tylko dotknęła jego
karku, zaczął się rzucać po sali, przez co musieli zamknąć go tam i na szybko
otępić za pomocą małej pompki z gazem usypiającym. Nie wystarczyło to, żeby
zasnął, jednak przestał stawiać opór i wczepił się pazurami w lampę, na której
rodzeństwo go zastało. Zanim personel zawiadomił Liderkę, ta przyszła,
poinformowana o przebudzeniu przez Sukurysa.
-O co mogło mu chodzić..? –Myślała
głośno Reksha, zatrzymawszy się na korytarzu piętra szpitalnego. Lon w
odpowiedzi tylko wzruszył ramionami wymijająco.
-Nie mam zielonego pojęcia. Mówił coś
jeszcze oprócz tego Kvalta?
Pokręciła głową. – Niewiele,
tylko, że ten ktoś wyrządził mu sporo krzywd. …Słyszałeś kiedyś o nim?
-O kim? – Nagle zainteresował się plakatem
ze szczęśliwym Charmanderem wiszącym na przeciwległej ścianie.
-Lon, nie udawaj.
Westchnął męczenniczo, widocznie niechętny do drążenia tego
tematu. – Nic o nim nie wiem, zadowolona?
-Czemu jesteś blady?
-Wydaje ci się, Reksiu. Idziemy do
reszty, Rald pewnie zanudził ich swoim gadaniem o hodowli. – Nie czekając na nią schował
ręce do kieszeni i ruszył w stronę schodów. Dziewczyna zaniepokojona dogoniła
go, by spróbować ponownie swoich sił.
-Lon, mam wrażenie, że…
-Odpuść sobie. – Spojrzawszy na nią kątem oka
skrzywił się nieznacznie, wciąż z twarzą o barwie wosku. – Bredzi, a bredniami nie powinnaś się przejmować.
Zegar
na półce pokazał trzecią, a Reksha wciąż nie mogła zasnąć. Przekręcała się z
boku na bok, nie mogąc przestać myśleć o tym, czego dowiedziała się dzisiaj.
Imię Kvalta nie było jej obce, a raczej takie się wydawało. Było jak odległe
wspomnienie, którego za dwie tony złotych zarodków nie była sobie w stanie
przypomnieć. Ale prawdopodobnie mowa była o kimś co najmniej niepoprawnym,
zważywszy na reakcję Degira.
Wstała
z łóżka na tyle cicho, na ile potrafiła, żeby nie obudzić śpiących z nią w
jednym pokoju Yellow oraz Blue, i wyszła na pogrążony w ciszy korytarz.
Jedynymi występującymi, choć ledwo słyszalnymi dźwiękami był szum szpitalnej
aparatury i odległe uderzanie kropel deszczu o szyby. Burza nie chciała ich
szybko opuścić. Żeby tylko rano nie okazało się, że Lawendia połączyła się z
pobliskim morzem…
Wyszła
na kryty balkon, na którym wcześniej spotkała swoich braci. Czuć było jeszcze
wilgoć po Hydropompie Damli, choć większość wody już dawno spłynęła
przestrzeniami między barierką a okafelkowaną podłogą. Po chwili zaczęła
żałować, że wyszła w samej piżamie, im dłużej przebywała na tarasie, tym
zimniej się robiło. Ale musiała po prostu wyjść, żeby odetchnąć świeżym powietrzem.
-Mam tylko nadzieję, ze Inferno i Balmadar
szybko się obudzą… - Mruknęła sama do siebie, oparłszy się o ogranicznik.
Potężny grzmot rozbrzmiał nieopodal, płosząc kilka dzikich Pokemonów kryjących
się w zaroślach. Dziewczyna podążyła za nimi wzrokiem, lekko spanikowana.
Nie
zauważyła już jednak pary czerwonych ślepi: nieruchomych jak rubiny tkwiące w
posągu z granitu.
W końcu nowy rozdziałek! *^* Ani trochę nie żałuję, że zatruwałam ci życie prośbami o niego, bo jest świetny! I wybacz, że dopiero komentuję, z lapka nie mogę, a phon (i ja z resztą też) był trochę nieogarnięty w ostatnich dniach. ;_;
OdpowiedzUsuńPodoba mi się twój pomysł, by samej dbać o grafikę na stronie, powodzenia z tym życzę! :)
Kurde, biedny Degir, jak mogłaś mu zrobić taką traumę?! ;0;" Nie dość, że pocharatany fizycznie, to jeszcze zmiażdżony psychicznie! ;__;
Tytułowy Kvalt powoli zaczyna wychodzić na scenę, jak widzę. =w= Mam tylko nadzieję, że nie przyjdzie ci do głowy, żeby uśmiercić nim któregoś z Poków! ;_;
Akcja z hydropompą mnie rozwaliła XDDD No i biedny, ogolony Calhay. QwQ
Ogółem rozdzialik bardzo mi się spodobał, już trzeci raz go czytam. xD Mam nadzieję, że wena aż tak uciekać nie będzie i kontynuacja nadciągnie szyboo. *^*
Tak więc weny i czasu życzę, żebyś dalej tą historię pisała! *0*
Pozdrawiam!
Oczywiście, męcz biedną mnie, batami smagaj! Q-Q Rozumiem, rozumiem, cieszy mnie, że mimo tych utrudnień wyraziłaś swoje zdanie *^*
UsuńDzięki, najpierw będę musiała nauczyć się rysować ludzi, którzy nie wyglądają jak randomowe amatorskie bazy xD
A jak Ty byś się czuła, gdyby coś mościło się w Twoim ciele? No chyba byś nie śpiewała! QwQ" *Broni biednego nietoperza*
Nie uśmiercę. He. Hehe. No zdecydowanie nie... ;>
Nie dość, że ogolony, to jeszcze mokry, z z godnością wsiąkającą w glebę ;-;
Cieszy mnie to bardzo, postaram się napisać kolejny jak najszybciej *^*
Dziękuję i wzajemnie - ja wciąż czekam na "Przepaść" =n=
Pozdrawiam!
Cześć.
OdpowiedzUsuńTo lubię w opowiadaniach zwykłe życie, używki i inne. Wreszcie inny, oryginalny i normalny pokeblog. Podobała mi się akcja z Lonanem i Raldem, takie męski gadki. Nie wiem, ostatnio lubię akcje z facetami w roli głównej i jakieś normalne pogaduszki, niż kobiece dramy.
Strasznie mi się podoba klimat Twojego opowiadania, jest po prostu normalny bez żadnych uciążliwych akcji. Cholera, niestety ja też idę w podobny klimat. Lekkich i przyjemnych sytuacji, a między czasie kroi się intryga. No cóż już nie jestem oryginalny :P
Czytam dalej :D
No po małej przerwie wracam do czytania ;)
OdpowiedzUsuńZ rozdziału na rozdział opowiadanie staje się mroczniejsze co naprawdę mnie zadowala, a do tego intryguje. Im bliżej poznania tożsamości Kvalta tym lepiej, mam nadzieję, że ostro namiesza. Po tym co wyżej przeczytałem okazuje się, że z Degirem jest kiepsko i może być jeszcze gorzej, a za tym idzie też możliwość "zmiękczenia" tej pokemonowej postaci jeśli tak dalej będzie męczony psychicznie. Reksha mnie tak średnio na razie przekonuje, zdecydowanie za barwniejsze postacie uważam Lonana i mojego nietoperzowego ulubieńca ;p. I tak jak już jestem przy Rekshy to coś przegapiłem, że ona umie rozmawiać z pokemonami!? XD. A co do śmierci to mam nadzieję, że jakaś będzie, najlepiej kilka. Przepraszam, że tak źle życzę twoim postaciom, ale śmierć kilku głównych bohaterów wydaje się dla mnie interesująca. Szczególnie śmierć Rekshy i pozostawienie Degira samego to mogłoby być bardzo oryginalne oraz ciekawe, no bo co by wtedy było? Jestem świadom, że to jest prawie niemożliwe, ale zawsze fajnie porozmyślać ^^ Idę czytać szóstkę ;)