środa, 13 kwietnia 2016

5.Burza

             Czy to ptak? Czy to samolot? A może to latający Snorlax?! Nie! To nowy rozdział na Kvalt's Awakening! Po dłuższej przerwie, bowiem, aż wstyd się przyznać, wena autorki zbiegła i nie chciała wrócić pomimo usilnych jej próśb ;-; Mam nadzieję, że zagości u mnie na dłużej i jakoś ożywi tego bloga, bo ostatnio jedynym, co na nim było, to zawodzące Hauntery i przemykające ukradkiem kępki suchej trawy.
             Mam zamiar w najbliższym czasie zatroszczyć się bardziej o sama szatę graficzną, włożyć w to więcej siebie, żeby moje dziecko było w pełni moje, a nie w połowie internetu; nagłówek jest zrobiony, choć będę nad nim oczywiście pracować. Dodam tylko, że warto śledzić jego zmiany ;)
             Ten rozdział miał być dłuższą rekompensatą za ten czas "nieżycia", choć może wydać się trochę flakowaty, zważywszy na ilość akcji, która ma tam miejsce.
Mimo to serdecznie zapraszam do czytania i wyrażenia swojej opinii c:
***
            -Ty palisz? - Rald uniósł brew, wgapiając się w brata z dozą sceptyczności. Stali właśnie pod krytym tarasem Centrum Pokemon, bo na zewnątrz lało jak z cebra. Przewidywana burza pojawiła się szybko, jak przemykający między drzewami Celebi, by smagać spadającą z nieba wodą i straszyć piorunami, na których tle jawiła się, położona na drugim końcu miasteczka, Wieża Cmentarna.
            -...Czasem - odparł Lonan niechętnie, włożywszy sobie papierosa do ust. Przez dłuższą chwilę przeszukiwał kieszenie, jednak nie znalazł pożądanego przedmiotu. Spojrzał niepewnie na stojącego obok niego hodowcę. - Masz ognia?
            -Lon...
            -Dobra, nie było pytania! - Z rozdrażnieniem schował nienaruszoną używkę do kieszeni i odetchnął głęboko. Od tego pamiętnego popołudnia nie mógł zapanować nad emocjami, nie dość, że wciąż przeżywał atak Noiverna, to kamień na jego ręce nie przestawał drażniąco wibrować. Był jak swędzące miejsce, którego ni jak nie mógł podrapać. - Po prostu się stresuję, nie musisz na mnie patrzeć jak na pewniaka-samobójcę!
            Rald uniósł brwi, a na jego twarzy wykwitł lekki uśmieszek. - Gdybyś rzeczywiście był tym samobójcą, moja twarz wyglądałaby bardziej... Bardziej jak Gengar.
            -Przepyszny żarcik, braciszku - łypnął na niego jak na swojego najgorszego wroga - boki zrywać po prostu. Sposób na śmierć mam z głowy, bo twoje poczucie humoru praktycznie rozerwie mnie na strzępy.
            -Nie dramatyzuj - starszy z nich uniósł ręce w obronnym geście, gdyby Lonan rzeczywiście zechciał się na niego rzucić w nagłym przypływie silniejszej irytacji. - Myślałem, że poprawię ci tym humor.
            -Humor poprawi mi się tylko wtedy, gdy ta gnida nie będzie zbliżać się do mojej siostry.
            -Chodzi ci o Noiverna, czy Greena?
            Oczy chłopaka rozszerzyły się momentalnie, gdy wpatrywał się w brata jak w mało urodziwą dziewczynę, która nagle obwieściła mu, że pora kupować śpioszki. Bez ostrzeżenia odwrócił się na pięcie i, z głośnym "Zabiję.", zwrócił się w stronę rozsuwanych drzwi do wnętrza szpitala. Hodowca złapał go w ostatniej chwili i mocniejszym strzałem w potylicę doprowadził do porządku, choć widać było, że młodszemu narwańcowi niewiele brakuje do zrobienia jakiegoś głupstwa. W pewnej chwili jednak westchnął głęboko i oparł się o barierkę, jakby cała agresja z niego zeszła. Esmerald przekrzywił lekko głowę, nie wiedząc w czym rzecz.
            -Co ci jest? - Zajął miejsce obok niego, wpatrzony w deszczowy krajobraz.
            -Nie wiem. - Odparł najbardziej bezradnym głosem, jaki człowiek mógłby z siebie wykrzesać. To ewidentnie do niego nie pasowało, nie do Lonana, którego znał. - Nie czujesz się dziwnie ostatnimi czasy? - Przerwał na moment, czekając na odpowiedź brata, a gdy ten tylko pokręcił głową, kontynuował - ...Coś we mnie narasta. Ja... Nie potrafię tego zrozumieć, ale wiem, że istnieje i wkrótce nie będę w stanie tego w sobie utrzymać. - Powiedział na jednym tchu, jakby goniło go stado rozwścieczonych Houndoomów.
            Starszy z rodzeństwa milczał przez dłuższą chwilę, rozważając słowa trenera. Gdyby powiedział, że nie ma zielonego pojęcia, o czym mówi, na pewno by go okłamał; jednak kłamstwem byłoby również stwierdzenie, że konkretnie wiedział, w czym rzecz. Wszystko było tylko domysłami, snutymi od chwili, gdy zobaczył szkarłatny księżyc wczorajszej nocy. Na samym początku próbował sobie wmówić, że to jakieś niezwykle widowiskowe zaćmienie księżyca i to pozwoliło mu przetrwać noc w miarę spokojnie. Jednak poranek i nagranie z Wysp Morskiej Piany sprawiły, że przyłapywał siebie na wgapianiu się w jakiś niekonkretny punkt, z głową pełną przypuszczeń.
            -Myślisz, że on jeszcze żyje? - Z kolejnej zawiechy wyrwał go głos Lonana, obserwującego go jak dzieciak liczący na potwierdzenie. Chciałby, żeby zaprzeczył.
            Mimo że nie mógł.
            -Słuchaj, myślę, że... - Nie zdążył dokończyć, bo między nimi pojawiła się Reksha, może trochę mniej subtelnie i energicznie, zapewne przez całodzienną wartę przy rannych Pokemonach.
            -O czym rozmawiacie? - Patrzyła to na jednego, to na drugiego, widocznie zaciekawiona. Ralda zaczęło zastanawiać, ile słyszała z ich rozmowy. To o czym mówili nie było zbyt konkretne, jednak wiedział, że jego siostra zaczęłaby zamartwiać się o Lonana i jego przypadłości. Liczył, że tak się nie stanie.
            -Obgadywaliśmy cię, Reksiu - z twarzy chłopaka zniknęła dotychczasowa niepewność, zastąpił ją zaś ten specyficzny złośliwy uśmieszek. Poczochrał siostrze włosy, na co ta zareagowała zirytowanym pomrukiem. – Jak na razie uzgodniliśmy, że jesteś za gruba.
            Młoda Liderka teatralnie udała zaskoczenie. – Na Arceusa, jak mogłam do tego doprowadzić?! Chyba będę musiała odpuścić sobie tego ciepłego, przepysznego burgera, który czeka na mnie w bufecie…
            -Nie martw się, niewiasto – Lon objął ją ramieniem, wyciągając niewidzialny miecz. – Poświecę się dla ciebie i zjem tego straszliwego demona!
            -Co to to nie, cwaniaku!
– Reksha wyrwawszy się z uścisku brata już miała ruszyć w stronę drzwi, żeby go wyprzedzić, gdyby nie Calhay, który w panice wpadł na taras, skomląc w niebogłosy. Wcisnął się w trenerów, jakby goniło go stado dzikich Gyaradosów. A raczej cos gorszego.
            W rozsuwanych drzwiach stał Kratos, dumnie wyprostowany i majestatyczny, jak to on. Wpatrywał się szkarłatnymi, zmrużonymi ślepiami z żółtego psa z nieodgadnionym wyrazem pyska. Wciągnąwszy powietrze wypluł kłąb beżowej sierści, który najprawdopodobniej był przed chwilą w miejscu łysego placka na karku Pokemona.
            Ostatni raz dotknąłeś mojego ogona, cepie. Rozumiemy się? – Biały lis wyglądał teraz jak bestia z najgłębszych otchłani piekieł, co jakiś czas poruszając długimi ogonami jak mackami.
            Arcanine tylko skinął łbem, przerażony tym widokiem i leżącą obok Ninetalesa kupką futra.
            -Ile powinno wynosić moje odszkodowanie? – Bąknął Lonan, wygramoliwszy się spomiędzy barierki a swojego ogara. Musiał przyznać, że na balkonie robiło się coraz ciaśniej i wypadałoby to w najbliższym czasie zmienić, chociażby ze względu na to, że jeszcze jeden delikwent i ktoś w końcu wyleci poza rewir.
            -Powinieneś mi jeszcze dopłacić, Kratos się zestresował! – Reksha pojawiła się obok swojego Pokemona, głaszcząc go po nastroszonym karku. Pod jej dotykiem lis rozluźnił się nieznacznie, choć jego ślepia wciąż ciskały pioruny w Arcanine’a tulącego się do Lonana. Między rodzeństwem wybuchła wtedy mała wojna.
            -Ogolił Calhaya, jesteś chyba niepoważna, jeśli myślisz, że ujdzie mu to płazem!
            -Gdyby się nie zaczynał, nie skomlałby!
            -Oby tak dalej! Broń kolejnego niezrównoważonego zabójcę!
            Rald obserwował tę głośniejszą wymianę zdań z bezpiecznej odległości, a raczej na tyle bezpiecznej, na ile pozwalał stalowy ogranicznik balkonu. Czuł że to się dobrze nie skończy, być może dlatego, że przy ostatnim większym konflikcie Reksha i Lonan prawie spalili siebie nawzajem. Spodziewając się najgorszego przywołał leżącego przez ten cały czas w deszczu Damlę. Ten niechętnie podniósł się i dostał na balkon. Niezauważony przemknął do swojego hodowcy, czekając na rozkazy.
            -Przestań się bulwersować, to tylko kłębek futra!
            -Cal, pokaż im, jak bardzo smutno ci z powodu tego „tylko kłębka”! – Na te słowa Pokemon otworzył pysk wojowniczo, a w jego gardzieli zabłyszczał rosnący, kotłujący się płomyk.
           
I w tym początkowo niebezpiecznym momencie o szybę rozsuwanych drzwi pacnęła czwórka awanturników, przygnieciona potężną Hydropompą.
            -Dobra robota, Dam.
            -Veeeee!

            W stołówce głośno było od rozmów kilkunastu osób jedzących właśnie kolację. W większości byli to ludzie w średnim wieku, którzy zatrzymali się tutaj by po przejściu burzy odwiedzić swoich dawnych podopiecznych w Wieży Pokemon; pozostali zaś czekali na poniedziałek, a wraz z nim początek tygodnia Liderów Sal. Rekshę przerażał fakt, że byli to głównie trenerzy świeżo rozpoczynający swoją podróż. Mogła to stwierdzić chociażby po ich młodych jeszcze starterach, które rozochocone turlały się między stołami. Czeka ją dzień pełen odmów.
            Lecz to nastąpi dopiero jutro. Dzisiaj musi jeszcze znosić swojego ukochanego brata, który po incydencie na tarasie nie odezwał się do niej słowem, nie licząc agresywnego „suń się”, gdy wymijali się w drzwiach od łazienki. Ich kłótnia skończyła się kompletnym przemoczeniem, jeśli tak można było nazwać wgniecenie strumieniem wody w hartowane szkło, wraz z dwoma ognistymi psowatymi zaskoczonymi bardziej, niż Slowpoke, gdy przesadzi z Amnezją. Zanim zdążyli wrócić do bufetu z w miarę przyzwoitym wizerunkiem, czekające na nich jedzenie już dawno ostygło, a trójka trenerów prawie umarła z nudów. A przynajmniej Blue; gdy zasiedli do stołu była w trakcie budowania misternej konstrukcji z kubków, jednak Green stłamsił jej zapędy na architekta, odzyskując swoją szklankę.
            Esmerald dopilnował, by parka bliźniaków nie miała sposobności powybijać siebie nawzajem - wciśnięty między dwa huragany siedział nieruchomy jak głaz i równie głuchy na narzekania młodszego rodzeństwa. Co chwila ciskane błyskawice od jednego do drugiego sprawiły, że siedzący naprzeciwko nich posiadacze Pokedexa czuli się co najmniej niezręcznie i niezbyt bezpiecznie, wszak mogli dostać rykoszetem od któregoś z zawadiaków.
            Po kilku minutach jedzenia w ciszy, Reksha przemówiła, chcąc jakoś rozluźnić atmosferę. – Więc Green… Jak ma się twoja sala?
            -Sala, jak sala. – Wzruszył ramionami i wziął łyk coli. – Ostatnio mam mały zastój, jeśli chodzi o walki.
            -Nie przychodzą? – Dziewczyna przekręciła lekko głowę, zainteresowana, po czym rzuciła znaczącym spojrzeniem na grupkę dzieciaków. – Ja nie mogę się opędzić od żółtodziobów.
            Lider Sali Wertanii zmierzył młodzież niezbyt zadowolonym wzrokiem. – Im mniej Liderów ze starej bandy, tym bardziej spada poziom chętnych na odznaki. Wczoraj jakiś fan szortów chciał wyzwać mnie na pełną walkę swoim jedynym Rattatą.
            -Szorty jesienią? – Rald włączył się do rozmowy, zdziwiony tym niezwykle istotnym faktem. – To jak samobójstwo.
            -Kolejny sposób. – Bąknął Lonan, przewróciwszy oczami.
            -Był już u mnie kilka razy i łaził w szortach nawet w zimę. - Kontynuował Oak, w przeciwieństwie do hodowcy, kompletnie niewzruszony.
            -Nigdy nie wiem, co mam z takimi robić… - Mruknęła Reksha. – Asertywność nie jest odpowiedzią na wszystko.
            -Wystarczy ich trochę nastraszyć, ten z wczoraj zwiał na widok Pidgeota. – Odparł lekceważąco, na co jego rozmówczyni przewróciła tylko oczami. Cały Green. Znała go niecałe siedem miesięcy, od jej pierwszego spotkania z pozostałymi Liderami z Kanto. Byli w podobnym wieku, więc wiele nie zajęło im dogadanie się, choć ich ostatnie rozmowy kręciły się głównie wokół pracy.
            -Jak czują się twoje Pokemony? – Gdy zapadła cisza, po raz pierwszy odezwała się drobna blondynka, siedząca obok dziwnie milczącej Blue. Na imię miała Yellow, z tego, co pamiętała. Na kolanach siedziała jej mała Pikachu z różowym kwiatkiem wetkniętym za uchem. Dziewczyna co chwila dzieliła się z nią resztkami swojej sałatki.
            Liderka Lawandii potarła twarz, pochmurniejąc od razu. Przez te luźne rozmowy udało jej się od tego oderwać, jednak teraz zmartwienie wróciło ze zdwojoną siłą. – Degir ma zmiażdżone skrzydło, a Inf i Balm będą głusi przez kilka dni. Nieźle ich przetrącił…
            -Co z salą? – Zainteresował się Rald.
            -Jak to co?  - Wlepiła wzrok w nadgryzionego burgera.. – Od jutra rozpoczynamy kolejny tydzień.
            -Nie masz trzech Pokemonów, siostra.
            -W ostateczności będę zmuszona przełknąć dumę i poprosić pewnego jegomościa o pomoc – zerknęła na Lonana, który od dłuższego czasu bujał się na krześle wgapiony w sufit. Na jej słowa jednak się ożywił i wrócił do normalnego siadu, żeby móc zobaczyć bliźniaczkę.
            -Naprawdę myślisz, że ten „jegomość” zechce ci pomóc? Obawiam się, że jego Pokemony nie będą zbyt chętne do współpracy.
            -Sądzę, że on i jego zwierzaki powinni się ogarnąć, bo to nie pierwszy raz, gdy jego kundel gania z podkulonym ogonem. – Zmierzyła go hardo, co oznaczało zalążek kolejnej słownej potyczki.
            -Nie robiłby tego, gdyby pewna pannica umiała wychować swojego niewyżytego paszczaka!
            -Możecie się w końcu zamknąć? – Wtrącił się najstarszy z nich, zamykając oczy z głośnym westchnięciem. Brew drgała mu lekko. W końcu kogo nie irytowałoby tkwienie w miejscu zetknięcia się dwóch równie morderczych frontów? – Obydwoje zachowujecie się jak bachory. – Odpowiedziała mu cisza, przerywana tylko przez nagły głośny śmiech siedzącej nieopodal grupki nastolatków, kompletnie nieświadomych zagrożenia wynikającego z obecności dwójki skłóconych. Para siedzących po jego bokach trenerów przez dłuższą chwilę wpatrywała się w siebie wrogo, w końcu jednak rozluźnili się, zrozumiawszy swoje błędy, i równocześnie powiedzieli:
            -Przepraszam.
            -Nie mogliście tak od razu? – Rald przeciągnął się po udanej interwencji. – Wiem, że jesteście spięci i…
            -Wybacz, że przerwę, ale nie musisz prawić nam morałów przy wszystkich. – Mruknęła Reksha, po czym wgryzła się w bułkę.
            -Brak stabilności emocjonalnej to chyba nasza cecha rodzinna… - Zaśmiał się Lonan kwaśno.
            -Na dłuższą metę ciężko byłoby z wami wytrzymać. – Skomentował Green dotychczas przysłuchujący się tej wymianie zdań. Cała trójka odpowiedziała mu na to niewinnymi uśmiechami.
            Wtem za Rekshą pojawiła się niebieska żaba z owiniętym wokół szyi językiem. Poczekała chwilę, aż jej pani się do niej odwróci, po czym warknęła gardłowo, co zapewne miało coś oznaczać. Trenerka Greninjy chyba jako jedyna zrozumiała przekaz, bo z uśmiechem pełnym ulgi podniosła się i poklepała go po głowie w akcie pochwały.
            -Dziękuję, Sukurys.
            Ten zadowolony skłonił się lekko i rozpłynął w cienkiej stróżce dymu. Lon zadzierając głowę do tyłu, wpatrywał się w siostrę.
            -Co powiedział?
            -Degir się obudził. – Odpowiedziała już trochę nieobecna, zapewne układała sobie w głowie pytania, które mu zada.
            -No to idziemy! – Zawołał z entuzjazmem młodszy z braci i objął dziewczynę ramieniem, w celu zaciągnięcia jej na piętro szpitalne.
            -Przed chwilą byłeś na mnie obrażony… - Bąknęła zdziwiona postawą towarzysza. Ten tylko przewrócił oczami.
            -Wiń geny, Reksiu! A z resztą – Z każdym kolejnym słowem jego uśmiech poszerzał się, przez co pod koniec wyglądał jak dość nieprzyjazny clown – byłbym bardziej obrażony, gdyby ten szczur w międzyczasie ci coś zrobił.
            -Tylko bądźcie grzeczni i nie zaczepiajcie obcych. – Mruknął najstarszy z nich, popijając zamówioną herbatę. Odpowiedziało mu długie, żałosne „Raaaaald…”.

            Gdy weszli do pomieszczenia, w którym znajdował się wielki nietoperz, nie wyglądało ono wcale jak sala, gdzie przeniesiono go po nastawieniu skrzydła; przewrócony na bok stolik z aparaturą badającą puls leżał w pustym, wyściełanym białym prześcieradłem kojcu, a kafelki w niektórych miejscach były mocno odrapane. Technologia pozwalała błyskawicznie naprawić ten defekt, jednak stojąca  po ich prawej, trochę skołowana, pielęgniarka zapewne czekała, aż Pokemon opuści to miejsce. Bo wciąż na sali był, choć nie w miejscu do tego przeznaczonym. Drżąc i sapiąc zwisał z lampy sufitowej, owinięty zdrowym skrzydłem jak płachtą. Drugim próbował uczynić to samo, jednak usztywnione mogło jedynie płasko przylegać do jego boku.
            -Degir, co ty wyprawiasz? – Reksha przybliżyła się do niego o kilka kroków, jednak była ostrożna, nie wiedziała, czy nie zechce się znów na nią rzucić. – Zaraz urwiesz lampę.
            Na dźwięk jej głosu drgnął zaskoczony i jak worek jagód gruchnął z hukiem o podłogę, by momentalnie znaleźć się przy swojej pani. Zanim zdążyła odskoczyć, zatoczył koło sprawną kończyną i przycisnął ją do siebie, wtulając pysk w jej tors. W tej chwili przypominał bardziej przerażonego dzieciaka, niż stwora, który kilka godzin temu chciał ją uszkodzić. Liderka nic nie mogła poradzić na to, że bez zastanowienia objęła jego wielki łeb.
            -Ciii, jestem tutaj.  – Szepnęła mu do ucha, choć czuła, że mimo jej obecności nietoperz nie był wcale do końca bezpieczny, zważywszy na to, że cały czas czuła na plecach wwiercający się w nią wzrok Lonana. O dziwo siedział cicho, co było do niego dosyć niepodobne. Pewnie wkrótce się to zmieni, jednak teraz musiała zapanować nad Noivernem. Mamrotał coś pod nosem, musiała się bardziej wsłuchać, żeby cokolwiek zrozumieć.
            …ciemno. Tak się bałem, a potem pojawił się i zamknął mnie w klatce.
            -Kto cię zamknął? – Zaczęła gładzić go po karku, żeby się rozluźnił; musiała przyznać, że mimo jednego skrzydła miał wystarczająco krzepy, żeby ją ścisnąć.
            Obcy. Na moim terenie. Ale o wiele silniejszy, to on jest alfa.
            -Degir, jaki alfa? Nie było żadnego innego Noiverna… - Próbowała go zrozumieć, jednak z każdą chwilą była coraz bardziej skołowana. Za to głos nietoperza stawał się coraz cichszy, jakby wierzył, że ten, o którym mówi mógł wrócić i rozprawić się z nim za jego słowa.
            Byłem bezradny jak Noibat. On po prostu mnie złapał i nie chciał wypuścić. Śmiał się. Głośno. I gryzł, kiedy nie byłem posłuszny. …Ale wewnątrz. Tylko wewnątrz.
            -Na krew i kości Mew, Degir… Nic nie rozumiem! O kim ty mówisz?
            Zduszony. – Charknął po dłuższej chwili ciszy. – Kvalt.
            -Jaki Kvalt? Kim on jest?
            Nagle do rozmowy włączył się Lonan: - Reksha, to nie ma sensu, on ledwo stoi.
            Dopiero teraz zauważyła, że tulący się do niej Pokemon drżał jak konkretnie przerażony Tepig. Z każdą chwilą stawał się cięższy, mocniej i mocniej opierając się o nią ciężarem ciała. Wraz z bratem i siostrą Joy pomogła Noivernowi dostać się do uprzątniętego w czasie ich rozmowy kojca. Gdy tylko ostrożnie opadł na prześcieradło, niechętnie puścił ją i wcisnął się w róg, dając tym sygnał, ze ma dosyć. Ostatni raz tylko na nich spojrzał, ślepiami przepełnionymi beznadzieją.
            Przebudził się. A teraz zaczyna szukać swoich dzieci.

            Lekarka prowadząca kazała im opuścić salę ze względu na kolejne badania i podanie leków uspokajających. Powiedziała, że z Noivernem wszystko było w porządku, dopóki nie chciała założyć mu obroży sprawdzającej puls; gdy tylko dotknęła jego karku, zaczął się rzucać po sali, przez co musieli zamknąć go tam i na szybko otępić za pomocą małej pompki z gazem usypiającym. Nie wystarczyło to, żeby zasnął, jednak przestał stawiać opór i wczepił się pazurami w lampę, na której rodzeństwo go zastało. Zanim personel zawiadomił Liderkę, ta przyszła, poinformowana o przebudzeniu przez Sukurysa.
            -O co mogło mu chodzić..? –Myślała głośno Reksha, zatrzymawszy się na korytarzu piętra szpitalnego. Lon w odpowiedzi tylko wzruszył ramionami wymijająco.
            -Nie mam zielonego pojęcia. Mówił coś jeszcze oprócz tego Kvalta?
            Pokręciła głową. – Niewiele, tylko, że ten ktoś wyrządził mu sporo krzywd. …Słyszałeś kiedyś o nim?
            -O kim? – Nagle zainteresował się plakatem ze szczęśliwym Charmanderem wiszącym na przeciwległej ścianie.
            -Lon, nie udawaj.
            Westchnął męczenniczo, widocznie niechętny do drążenia tego tematu. – Nic o nim nie wiem, zadowolona?
            -Czemu jesteś blady?
            -Wydaje ci się, Reksiu. Idziemy do reszty, Rald pewnie zanudził ich swoim gadaniem o hodowli. – Nie czekając na nią schował ręce do kieszeni i ruszył w stronę schodów. Dziewczyna zaniepokojona dogoniła go, by spróbować ponownie swoich sił.
            -Lon, mam wrażenie, że…
            -Odpuść sobie. – Spojrzawszy na nią kątem oka skrzywił się nieznacznie, wciąż z twarzą o barwie wosku. – Bredzi, a bredniami nie powinnaś się przejmować.
           
            Zegar na półce pokazał trzecią, a Reksha wciąż nie mogła zasnąć. Przekręcała się z boku na bok, nie mogąc przestać myśleć o tym, czego dowiedziała się dzisiaj. Imię Kvalta nie było jej obce, a raczej takie się wydawało. Było jak odległe wspomnienie, którego za dwie tony złotych zarodków nie była sobie w stanie przypomnieć. Ale prawdopodobnie mowa była o kimś co najmniej niepoprawnym, zważywszy na reakcję Degira.
            Wstała z łóżka na tyle cicho, na ile potrafiła, żeby nie obudzić śpiących z nią w jednym pokoju Yellow oraz Blue, i wyszła na pogrążony w ciszy korytarz. Jedynymi występującymi, choć ledwo słyszalnymi dźwiękami był szum szpitalnej aparatury i odległe uderzanie kropel deszczu o szyby. Burza nie chciała ich szybko opuścić. Żeby tylko rano nie okazało się, że Lawendia połączyła się z pobliskim morzem…
            Wyszła na kryty balkon, na którym wcześniej spotkała swoich braci. Czuć było jeszcze wilgoć po Hydropompie Damli, choć większość wody już dawno spłynęła przestrzeniami między barierką a okafelkowaną podłogą. Po chwili zaczęła żałować, że wyszła w samej piżamie, im dłużej przebywała na tarasie, tym zimniej się robiło. Ale musiała po prostu wyjść, żeby odetchnąć świeżym powietrzem.
            -Mam tylko nadzieję, ze Inferno i Balmadar szybko się obudzą… - Mruknęła sama do siebie, oparłszy się o ogranicznik. Potężny grzmot rozbrzmiał nieopodal, płosząc kilka dzikich Pokemonów kryjących się w zaroślach. Dziewczyna podążyła za nimi wzrokiem, lekko spanikowana.
            Nie zauważyła już jednak pary czerwonych ślepi: nieruchomych jak rubiny tkwiące w posągu z granitu.

4 komentarze:

  1. W końcu nowy rozdziałek! *^* Ani trochę nie żałuję, że zatruwałam ci życie prośbami o niego, bo jest świetny! I wybacz, że dopiero komentuję, z lapka nie mogę, a phon (i ja z resztą też) był trochę nieogarnięty w ostatnich dniach. ;_;
    Podoba mi się twój pomysł, by samej dbać o grafikę na stronie, powodzenia z tym życzę! :)
    Kurde, biedny Degir, jak mogłaś mu zrobić taką traumę?! ;0;" Nie dość, że pocharatany fizycznie, to jeszcze zmiażdżony psychicznie! ;__;
    Tytułowy Kvalt powoli zaczyna wychodzić na scenę, jak widzę. =w= Mam tylko nadzieję, że nie przyjdzie ci do głowy, żeby uśmiercić nim któregoś z Poków! ;_;
    Akcja z hydropompą mnie rozwaliła XDDD No i biedny, ogolony Calhay. QwQ
    Ogółem rozdzialik bardzo mi się spodobał, już trzeci raz go czytam. xD Mam nadzieję, że wena aż tak uciekać nie będzie i kontynuacja nadciągnie szyboo. *^*
    Tak więc weny i czasu życzę, żebyś dalej tą historię pisała! *0*
    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oczywiście, męcz biedną mnie, batami smagaj! Q-Q Rozumiem, rozumiem, cieszy mnie, że mimo tych utrudnień wyraziłaś swoje zdanie *^*
      Dzięki, najpierw będę musiała nauczyć się rysować ludzi, którzy nie wyglądają jak randomowe amatorskie bazy xD
      A jak Ty byś się czuła, gdyby coś mościło się w Twoim ciele? No chyba byś nie śpiewała! QwQ" *Broni biednego nietoperza*
      Nie uśmiercę. He. Hehe. No zdecydowanie nie... ;>
      Nie dość, że ogolony, to jeszcze mokry, z z godnością wsiąkającą w glebę ;-;
      Cieszy mnie to bardzo, postaram się napisać kolejny jak najszybciej *^*
      Dziękuję i wzajemnie - ja wciąż czekam na "Przepaść" =n=
      Pozdrawiam!

      Usuń
  2. Cześć.
    To lubię w opowiadaniach zwykłe życie, używki i inne. Wreszcie inny, oryginalny i normalny pokeblog. Podobała mi się akcja z Lonanem i Raldem, takie męski gadki. Nie wiem, ostatnio lubię akcje z facetami w roli głównej i jakieś normalne pogaduszki, niż kobiece dramy.
    Strasznie mi się podoba klimat Twojego opowiadania, jest po prostu normalny bez żadnych uciążliwych akcji. Cholera, niestety ja też idę w podobny klimat. Lekkich i przyjemnych sytuacji, a między czasie kroi się intryga. No cóż już nie jestem oryginalny :P

    Czytam dalej :D

    OdpowiedzUsuń
  3. No po małej przerwie wracam do czytania ;)
    Z rozdziału na rozdział opowiadanie staje się mroczniejsze co naprawdę mnie zadowala, a do tego intryguje. Im bliżej poznania tożsamości Kvalta tym lepiej, mam nadzieję, że ostro namiesza. Po tym co wyżej przeczytałem okazuje się, że z Degirem jest kiepsko i może być jeszcze gorzej, a za tym idzie też możliwość "zmiękczenia" tej pokemonowej postaci jeśli tak dalej będzie męczony psychicznie. Reksha mnie tak średnio na razie przekonuje, zdecydowanie za barwniejsze postacie uważam Lonana i mojego nietoperzowego ulubieńca ;p. I tak jak już jestem przy Rekshy to coś przegapiłem, że ona umie rozmawiać z pokemonami!? XD. A co do śmierci to mam nadzieję, że jakaś będzie, najlepiej kilka. Przepraszam, że tak źle życzę twoim postaciom, ale śmierć kilku głównych bohaterów wydaje się dla mnie interesująca. Szczególnie śmierć Rekshy i pozostawienie Degira samego to mogłoby być bardzo oryginalne oraz ciekawe, no bo co by wtedy było? Jestem świadom, że to jest prawie niemożliwe, ale zawsze fajnie porozmyślać ^^ Idę czytać szóstkę ;)

    OdpowiedzUsuń