Hejka, znowu po przerwie, ale z czymś nowszym, dosyć od Pokemonów odbiegającym. Już wcześniej wspominałam, że do Poków wena mi trochę (żeby nie powiedzieć "zabójczo") siadła, a trzymanie bloga bez żadnego znaku życia to też jakieś minięcie się z celem tego tworu. Dlatego też nie będzie to już blog czysto Pokemonowy, nie będę się jakoś szczególnie ograniczać, w końcu to ma być zabawa, a nie ślęczenie cztery godziny nad jednym akapitem i próba wymyślenia... Czegokolwiek, co by tych Poków dotyczyło :D
Jak na razie wkroczyłam z Dishonored, czymś co ostatnimi czasy zafascynowało mnie niemiłosiernie, (tutaj chyba powinnam podziękować Zeni, która wciągnęła mnie prosto w sam środeczek Dunwall *kłania się*). Jeżeli wena da, rozdziały mogą pojawiać się częściej, niż dotychczas, ale nie traktujcie tego jako obietnicę, moje natchnienie lubi stroić sobie ze mnie żarty i zawieruszać się gdzieś na bardzo, baaardzo długo.
No nic, nie przedłużam już, życzę przyjemności podczas czytania i do następnego :)
***
Niska postać odziana na
granatowo, z gumową maską gazową na twarzy, przekradła się do zdezelowanych
drzwi opuszczonej rezydencji, która dawno za sobą miała lata świetności – teraz
bardziej przypominała opuszczone zamczysko, niż miejsce jeszcze przez kogoś zamieszkane.
Nawet, jeżeli tymi mieszkańcami byli praktycznie sami faceci dbający tylko o
miejsce do spania i dach nad głową, a nie o to, jak się to wszystko prezentuje
w oczach innych.
Gabinet ich przywódcy wcale nie
odbiegał od tej reguły, choć zamiast typowych męskich pierdół porozrzucanych to
tu, to tam, jego małe królestwo tonęło we wszelakich papierach, poczynając od
listów ze zleceniami, rachunków i notatek, a na portretach pamięciowych
kończąc. Jedynym, który potrafił się odnaleźć w tym rozgardiaszu i jednocześnie
najlepiej się w nim czuł, był człowiek w czerwonym mundurze, kręcący się przy
regale z książkami. Pochłonięty lekturą nawet nie zauważył zamaskowanego,
który, powstawszy z kucek, dumnie wyprostowany pojawił się w plamie światła
wpadającej przez wybite okno po prawej. Było lato, gorąc nie zobowiązywał wcale
do wymiany szyby – przeciągi były wskazane, nawet kosztem bezpieczeństwa.
Przybysz
przez dłuższą chwilę przypatrywał się mężczyźnie z umiarkowanym
zainteresowaniem, by w końcu obwieścić kobiecym głosem zdeformowanym przez
maskę. – Cel wyeliminowany.
Herszt
uniósł dłoń na znak, że dotarła do niego wiadomość, jednak wciąż nie odrywał
wzroku od trzymanej książki. Po kilku chwilach ciszy zaznaczył odpowiedni
fragment, odłożył ją i zwrócił się do czekającej postaci.
-Czy były jakieś problemy? –
Poorana bliznami twarz wciąż miała na sobie resztki wcześniejszego skupienia,
była autentycznym symbolem wszystkich zwycięskich walk i doświadczenia nabytego
przez całe 42 lata życia. Lecz oprócz tej surowości ci, którzy dobrze znali
Dauda, wiedzieli, że pod tą maska krył się wspaniały kompan i niezawodny
przyjaciel.
-Spokojnie,
jak na wojnie – odparła dziewczyna, ściągając kaptur i przymocowaną do niego
maskę Wielorybnika. Była młoda, nie mogła mieć więcej, jak dwadzieścia lat,
wciąż z radosną iskrą w szarych oczach. Była dość szczupła, żeby nie powiedzieć
chuda, typowy mundur leżał na niej jak na wieszaku, przez co musiała
przytrzymywać go kilkoma paskami, by nie zsunął się z niej w trakcie ruchu. Ciemne
włosy związywała znoszoną wstążką. – Czyste cięcie i mała znajdźka do rąk
własnych – w jej dłoni pojawił się plik kartek zapełnionych równymi literami.
Wzrok
Nożownika z Dunwall zmiękł. Podszedł do dziewczyny i odebrał papiery, po czym
bez ostrzeżenia poczochrał ją po włosach.
-Adharo, przecież wiesz, że nie
lubię, jak jesteś taka poważna.
Przewróciła
oczami z udawanym niezadowolonym jękiem.
-Znasz mnie, chcę być
profesjonalna. Nie potraktowałbyś mnie poważnie, gdybym wpadła tu z piskiem,
powitała cię klapsem niespodzianką i… - Zamarła na chwilę - …nie, na to
ostatnie jesteś za sędziwy.
-Udam,
że tego nie słyszałem – łypnąwszy na nią z rozbawieniem, odwrócił się z
powrotem do biurka, kartkując dostarczone dokumenty. – Dobra robota, mamy dane
kolejnego kontaktu Winterdoma. – Odznaczył coś w notesiku i odłożył go na
chyboczącą się stertę obok regału. Nikt, kto choć raz odwiedził to
pomieszczenie, nie wiedział, jakim cudem Daud odnajdywał się w tym labiryncie
ani jak udawało mu się utrzymać te wszystkie rozedrgane kolumny w miarę
pionowej pozycji.
-Jestem
ci jeszcze w czymś potrzebna? – Spytała, przybliżając się do długiego biurka.
Podobnie jak wcześniej, odpowiedź pojawiła się dopiero po chwili.
-Czeka
nas jedno większe zlecenie, Thomas przygotowuje szczegółowy plan, ma dać ci
znać, kiedy skończy. Tymczasem – zerknął na nią kątem oka – masz czas na
odpoczynek.
-Świetnie
– ostatnia głoska zaginęła w mocarnym ziewnięciu – mam nadzieję, że da mi
trochę wolnego, zanim przyleci z tą swoją teczką. I, um… Daud?
Spojrzał
na nią z niemym pytaniem.
-Czy
ktoś z nas zachorował? – Było to tak niepewne, jakby bała się, że go tym urazi.
– W kanałach ewakuacyjnych jest coraz więcej płaczków, natknęłam się na co
najmniej trójkę.
-Gdyby
ktoś zachorował, byłabyś pierwszą, która by się o tym dowiedziała. – Skwitował.
– A teraz połóż się, zaraz padniesz.
Zasalutowała
niedbale w odpowiedzi i rozpłynęła się w powietrzu, pozostawiając mężczyznę
samego. W ułamku sekundy pojawiła się na dachu naprzeciwległego budynku, zaraz
nad „parkiem”, właściwie jedynym miejscem w Zatopionej Dzielnicy, gdzie rosło
coś zielonego. Nawet, jeżeli były to tylko trujące rośliny wykorzystywane w ich
morderczym fachu. Dziarskim krokiem ruszyła na północ, do części mieszkalnej.
Jednak czuła, że nie wszystko było w porządku. Wczesne popołudnie obfitowało
zazwyczaj w odgłosy rozmów, kroków i zwyczajnego życia ludzi zamieszkujących to
miejsce, teraz panowała nienaturalna cisza. Wyobraźcie sobie siebie w pustym
mieszkaniu, miejscu gdzie panuje kompletny bezruch oprócz dźwięków, które sami
wydajecie. Wtedy wyobraźnia zaczyna płatać nam figle, wydaje nam się, że coś
słyszymy, że coś przez przypadek szurnęło krzesłem lub otworzyło skrzypiące
drzwi. Na pierwszy rzut oka jest to całkowicie bezpieczne, prawda? Regularne
podnoszenie ciśnienia jest dobre dla naszego ciała. Lecz problem zaczyna się,
gdy coś rzeczywiście poruszy się dwa pokoje dalej.
Kładka w dole trzasnęła
niespodziewanie, jakby ktoś wrzucił na nią kowadło, przez co dziewczyna prawie
dostała zawału. Zsunęła się z dachu wprost na niższy balkon, który prowadził do
kompletnie nieużywanego budynku. Był po prostu zbyt zdezelowany, by normalny,
rosły mężczyzna mógł bezpiecznie stąpać po podgniłej podłodze, jednak dla
drobnej Wielorybniczki nie stanowiła ona problemu. Przez to ta przestrzeń
stawała się o wiele bezpieczniejsza, niż inne części Dzielnicy.
Adhara
z roztargnieniem założyła maskę i, szybko oddychając, usunęła się w cień. Była
poza zasięgiem wzroku przeciwnika na zewnątrz, choć w gruncie rzeczy nie była
pewna, czy tylko poza mieszkaniami jest niebezpiecznie. Wielorybnicy w swoim
domu obierali różne ścieżki, mniej lub bardziej wymagające, lecz większość z
nich ginęła w skomplikowanym labiryncie ruin, połamanych desek i dziur w
ścianach budynków. Zatem nie było miejsca, gdzie nie można było się dostać
przez kładki, okna i dodatkowo dorobione wejścia, gdy ktoś za bardzo zakręcił
się w gąszczu prowizorycznych korytarzy i postanowił dodać swoje trzy grosze do
dekadowej konstrukcji.
Wychyliła
się przez jedną z większych dziur w podłodze, na co ta zaprotestowała głośnym
skrzypnięciem, które mogłoby obudzić zmarłego. Zakurzone niższe piętro było na
szczęście puste, więc nie zdradziła swojej obecności. Na razie. Ostrożnie
zeskoczyła na mniej zniszczoną kondygnację i wyuczonym, cichym krokiem pognała
na północ, do bardziej wytrzymałych budynków. Jeżeli musiała odnaleźć
kogokolwiek z dowódców oddziałów, to najprawdopodobniej tam, a wszystko dzięki
zbrojowniom, gdzie uzupełniano arsenał wciąż dorabiany przez nieprzepadających
za zabijaniem członków zgromadzenia.
Gdzieś
w połowie drogi kula od pistoletu roztrzaskała zasłonięty deskami otwór
kilkanaście kroków od biegnącej skrytobójczyni. W ułamku sekundy dziewczyna
rozpadła się na drobne kawałeczki, by pojawić się w kolejnej sali, na tyle
szybko, że strzelec nie dał rady dojrzeć, gdzie zniknęła.
-Co
to było? – Odezwał się strażnik również znajdujący się w tym pomieszczeniu.
Najwidoczniej rozpoczęli już przeszukanie budynków. Adhara strzeliła się
mentalnie w twarz za takie roztargnienie; może uciekła przed jednym agresorem,
ale prawie wpadła na drugiego! Ten jeszcze nie do końca świadomy jej obecności,
w końcu mało kto od tak pojawia się od tak za czyimiś plecami, rozglądał się na
boki, jeszcze jej nie dostrzegając. Jest szansa.
Z
cichym zgrzytem dobyła rzeźnickiego noża i rzuciła się na mężczyznę, zatapiając
ostrze w zagłębieniu obojczyka. Ten zdążył tylko sapnąć, zanim osunął się na
podłogę podtrzymywany przez oprawczynię, żeby nie zrobił jeszcze większego rabanu.
Trzy sekundy sprawdzania, czy cios był skuteczny, potem kolejne Mignięcie i,
już ostrożniejsze, ponowienie wędrówki do zbrojowni. Wołania żołnierzy na
zewnątrz stawały się coraz głośniejsze i głośniejsze, musiała zbliżać się do
ich centrum dowodzenia.
Ale
gdzie byli Wielorybnicy? W całej Dzielnicy się od nich roiło, nie można było
zrobić kroku, żeby nie natknąć się na zamaskowanego pobratymca, a teraz jedyną
żywą spotkaną istotą był strażnik. Już nie tak żywy, jak powinien być. Rzuciła
okiem na dziedziniec i momentalnie zamarła z przerażeniem na twarzy.
Spodziewani strażnicy rozstawili na dachu jednej z niższych budowli jakąś
machinę łudząco podobną do tych cholernych rewidentowskich pozytywek, tyle, że
o wiele większą i zapewne głośniejszą. Na szczęście nie była jeszcze
uruchomiona.
Jeszcze.
Niżej,
na kładkach z blachy, poruszały się szare mundury, praktycznie sami szeregowcy,
dostrzegła tylko jednego dowódcę drącego japę na podkomendnych, jakby byli
psami, a nie ludźmi. Oprócz tego, przy tym niepokojącym cacku kręcili
rewidenci. A miedzy nimi Wielorybnicy. Niektórzy związani klęczeli w centrum
tej całej panoramy, inni leżeli z poderżniętymi gardłami. Reszta była właśnie
spychana wprost do głównego kanału Zatopionej Dzielnicy na pastwę ośluz.
Jakim
cudem udało im się zaskoczyć ponad dziesiątkę wykwalifikowanych skrytobójców?
Nad młodzikami nawet się nie zastanawiała, dopiero zaczynali trening i nie
mieli takich umiejętności jak ich starsi stażem koledzy, ale związani
mistrzowie nie byli zbyt krzepiącym widokiem.
Zanim
zdążyła wykonać jakikolwiek ruch, silna łapa zacisnęła się na jej ramieniu w
stalowym uścisku i pociągnęła ją w głąb budynku. Zaskoczona dziewczyna od razu
dobyła nóż, jednak druga dłoń zablokowała jakikolwiek ruch ręką.
Musiała
mieć do czynienia z mężczyzną, sadząc nie tylko po łatwości, z jaką zablokował
jej ręce w uścisku jednej dłoni, ale również przez zapach, męski pot i woda
kolońska użyta dosyć niedawno; wciąż intensywna i… znajoma?
-Nie
szarp się, to ja – przefiltrowany przez maskę oddech owionął jej odsłonięty na
chwilę kark. Adhara momentalnie wyrwała się z uścisku, choć tylko dlatego, bo
jej na to pozwolono, i odwróciła się przodem do Wielorybnika.
-Aedan,
debilu, prawie dostałam zawału!
Odpowiedział
jej stłumiony gumą chichot. – Gdybym był strażnikiem, już byś nie żyła.
-Gdybyś
był strażnikiem, tupałbyś jak stepujący wieloryb! – Odwarknęła zirytowana.
Wskazała na dziurę z widokiem na główny kanał – mordują naszych ludzi, a ty
sobie tutaj siedzisz?
-Jestem
skrytobójcą, nie rzeźnikiem. – Rozłożył ręce w bezradnym geście – sam kilku już
załatwiłem, ale tam jest ich zbyt wielu.
-Cóż, teraz jest nas dwójka, to
coś zmienia? – Uniosła brew pod maską.
-Trójka
– obok nich zmaterializował się kolejny Wielorybnik z niebieską chustką na
ramieniu, Thomas.
-Czwórka,
tyle wystarczy. – Daud załadował mini kuszę na lewej ręce, a znak Odmieńca
zabłysł na moment, jakby przygotowywał się na pewną konfrontację z ludźmi
Cesarzowej. – Zagnieździli się w naszym domu jak szczury, więc pozbędziemy się
ich jak szczurów.
-Mają
jakiś swój najnowszy wynalazek, trzeba go najpierw popsuć – Adhara poszła w
ślady mistrza, a kusza zaterkotała cicho, gdy naciągała cięciwę – zajmę się
nim.
-Skoro
maleństwo przejmuje pozytywkę, ja biorę zakładników. – Aedan skrzyżował ręce na
piersi, uśmiechając się krzywo pod maską. Wiedział, że wspomniana towarzyszka
nie przepadała za tym określeniem i gdyby nie obecność Dauda, rzuciłaby mu się
do gardła.
-Ty
i Thomas zbierzecie pozostałych ludzi i uwolnicie naszych, ale dopiero na nasz
znak. Jeżeli uruchomią te ustrojstwo zanim je zneutralizujemy, będziemy mieli
problem. – Nożownik wyjrzał przez otwór, a upewniwszy się, co do kompletnej
nieświadomości wroga skinął podopiecznym.
-Spotkamy
się po wszystkim – zasalutował Thomas, po czym on i Aedan zniknęli z cichym
szumem wibrującej mocy.
-No to ruszamy – stwierdziła
Adhara, sprawdzając liczebność arsenału pod płaszczem. Pięć strzałek
usypiających, dwie wybuchowe, trzy zwykłe bełty, fiolka gazu duszącego, granat
i dwie miny, tyle zostało jej po ostatniej misji; teraz nie wydawało się zbyt
okazałe jak na taką okoliczność.
Daud, jakby czytając jej w
myślach, obwieścił:
-Odcięli zbrojownię, więc nawet
nie próbuj się poświęcać dla kilku bombek, musi nam starczyć to, co mamy.
-W takim razie daj mi jeszcze
dwa granaty, uszkodzę nimi gniazda tranowe – wyciągnęła rękę po wspomniane
środki wybuchowe, na co mężczyzna pokręcił tylko głową.
-Widzę, że masz już gotowy plan,
jak zwykle. – Oddał jej parę bomb. – Ale uważaj na siebie, moja droga.
-Nie rozckliwiaj się, tylko
zastanów nad tym, jak będziemy to świętować. – Puściła mu „oczko”, cofnęła się
lekko i bezszelestnie wyskoczyła z budynku, rozpływając się w powietrzu. Daud
śledził ją wzrokiem przez tę krótką chwilę, by ostatecznie przybliżyć się do
otworu i wyjrzeć przezeń na kanał. Czarna postać pojawiła się kilkanaście
metrów od zdradliwej maszyny, gdyby nie skupiał wzroku w tym konkretnym
punkcie, wcale by jej nie zauważył. Była naprawdę dobra, jak mało kto z jego
ugrupowania.
Odczekał chwilę, aż
Wielorybniczka zakradnie się za stalowe pudło, po czym sam przystąpił do akcji.
Jednym porządnym Mignięciem znalazł się po drugiej stronie ustrojstwa, zaledwie
siedem metrów od pierwszego rewidenta, który jak gdyby nigdy nic obserwował
płynące z prądem kanału ciała obrońców. Nożownik uspokoił oddech, dobył nóż i
jednym celnym pchnięciem zakończył żywot kapłana. Jego ciało dołączyło do tych,
które już dryfowały krwawym nurtem brudnej rzeki poniżej, a jego plusk zgrał
się z pozostałymi, cyklicznymi odgłosami. Nie był w stanie stwierdzić, ilu jego
ludzi już tak skończyło, jednak nie zmieniało to faktu, że była to liczba zbyt
duża, by mógł przejść obok tego obojętnie.
Sama organizacja Wielorybników
liczyła ponad setkę członków, w tym jego i siedemnastu mistrzów skrytobójczych,
niezależnych lub będących dowódcami mniejszych oddziałów przyuczających się do
fachu. Ten, kto zaplanował dzisiejszy atak musiał być dobrze poinformowany o
strukturze płatnych zabójców; na małym placu przed machiną znajdowała się
dziewięciu mistrzów schwytanych zapewne przez rewidenta z pozytywką Holdgiera
wciąż krążącego wokół nich, zaś ci, którzy nie ukończyli pełnego szkolenia byli
już martwi, więc straż musiała bez problemu ich rozróżnić. Pytaniem było, kto
puścił parę o znaku rozpoznawczym mistrzów?
Barwione na czarno ostrza leżały
usypane w stos przed zakładnikami.
Adhara zwolniła dwie blokady
przy gniazdach, a gdy stalowa płyta odsunęła się z cichym sykiem wyciągnęła
zbiornik z tranem i odstawiła go kilka metrów od machiny. Uszkodziła wcześniej
głośniki alarmowe, więc rewidenci nawet nie zauważyli, jak pozbyła się tej i
dwóch kolejnych baterii. Z resztą tych, którzy mieliby się spostrzec dawno już
nie było, Daud się o to zatroszczył. Pojawił się za nią bezszelestnie, ocenił
krótkim spojrzeniem prowizorycznie skonstruowaną mini-bombę, po czym skinął
głową i zniknął, pozostawiając dziewczynę sam na sam z machiną.
Jeszcze tylko krótka modlitwa,
odbezpieczenie ładunku i mogła skierować się do Aedana i Thomasa.
Wybuchając, pozytywka wydała z siebie ostatni
żałosny jęk, beznadziejną nutę, która wstrząsnęła całą Zatopioną Dzielnicą od
zalanych fundamentów aż po sterczące najwyżej drewniane pale. Moc Odmieńca na
ten krótki moment zamarła u samego źródła, a dotychczas niezawodna nić pomiędzy
Daudem i jego ludźmi pękła z trzaskiem, wyrywając z Wielorybników ostatki
zdrowego rozsądku. Każdy, kto czerpał moc z magicznego wału transmisyjnego na
powrót stał się zwykłym, kruchym człowiekiem kulącym się od nagłego bólu głowy.
Nikt z Wielorybników w gruncie
rzeczy nie wiedział, jakim cudem Daudowi udało się podzielić moc, którą
otrzymał na wyłączność, ale też nie pytali, żyjąc podług zasady „mniej wiesz,
lepiej śpisz”. Po prostu korzystali z dobrodziejstw Odmieńca, choć nawet między
nimi momentami aż wrzało od plotek i domysłów. Cała Dzielnica podzielona była
na kilka obozów – ludzi twierdzących, że wał transmisyjny pochodził od samego
wielorybiego bóstwa, które zafascynowane umiejętnościami skrytobójców
postanowiło podzielić się swoją mocą również z nimi, tych wierzących w
istnienie czarnej magii i biegłości Dauda w tym mrocznym fachu, oraz
Wielorybników, którzy mówiąc szczerze, mieli to kompletnie gdzieś, byli święcie
przekonani, że poradziliby sobie nawet i bez pomocy Odmieńca.
Do tych ostatnich należała Adhara, choć ten
nieplanowany ubytek mocy wcale nie obszedł się z nią delikatnie. Padła na twarz
w połowie Mignięcia, o subtelności i ciszy nie było nawet mowy, strażnicy od
razu dostrzegli czarny kształt, który nagle zmaterializował się nad kupą gruzu.
Dziewczyna sądziła, że gorzej już być nie
może, nie przewidziała, że tak mała siła wybuchu poruszy wielką korbą wewnątrz
pozytywki ani że tak mocno wpłynie to na jej umysł - miała wrażenie, że coś
chwyciło ją za jelita i usiłowało zrobić z nich sznurek na bieliznę, a czaszka
praktycznie zapadała się do wewnątrz, by za wszelką cenę zapełnić pustkę, która
pojawiła się po zniknięciu więzi z Daudem. Musieli za bardzo przyzwyczaić się
do nadnaturalnych mocy, które otrzymali od Odmieńca, wręcz uzależnili się od
nich, by teraz cierpieć jak narkomani, ślepe dzieci pozbawione kijka, tylko,
dzięki któremu miały jako taki obraz świata. Zdążyła się tylko podnieść do
czworaków, jak jeden z szarych mundurów kopnął ją z rozpędu w brzuch. Ze
stłumionym jękiem potoczyła się po ceglastej powierzchni. Napastnik już chciał
złapać ją za szyję i ściągnąć zakurzoną maskę, gdyby nie nóż, który jak iglica
wytrysnął z jego piersi. Rewident jak na zawołanie uruchomił swoją mniejszą
pozytywkę, żeby obezwładnić możliwego wybawcę swojego celu, jednak po chwili
jego głowa potoczyła się z cichym brzdękiem opadającej maski.
Adhara wykorzystała te chwilę
nieuwagi dwóch pozostałych przy życiu żołnierzy, jednym ruchem rozpłatała krtań
szeregowca, a gdy ten w nieświadomym akcie zemsty zatoczył się na wrzeszczącego
coś przełożonego, przebiła ich na wskroś – długie, zwężające się ostrze noża
rzeźnickiego bez problemów przedarło się przez dwa korpusy napastników. Było
dobre i funkcjonalne, a zadbane, jednym cięciem mogło przeorać pancerz wozu
wywożącego zwłoki z Dunwall. Oczywiście nikt nie był na tyle głupi, by
notorycznie tępić mocarny oręż na pojeździe pełnym wszelakiego ustrojstwa,
które hulało po stolicy Gristolu i narażać się na możliwe zarażenie… Nie licząc
Aedana. On próbował wszystkiego, przez co praktycznie co dwa tygodnie lądował u
medyka z nowym złamaniem lub wstrząśnieniem mózgu, gdy Mignięcie nie zadziałało
tak, jak jego „genialny” plan przewidywał.
Thomas i jego towarzysz widząc
poruszenie na placu obok, od razu przystąpili do uwalniania kulących się z bólu
Wielorybników – osłabieni przez dłuższe oddziaływanie pozytywki mieli spore
trudności z powstaniem po zerwaniu więzów, ale upór, który nie raz uratował ich
od rychłej śmierci i tym razem podziałał. Szybko zniknęli w głębi budynku,
gdzie mogli odpocząć i dokończyć dzieła rozpoczętego przez herszta i ocalałych
mistrzów.
Przed tym jednak Daud odnowił
wał transmisyjny; w jednej chwili jego znak najpierw zaczął się skrzyć, by
ostatecznie pojawić się u jego podopiecznych, jako symbol paktu między nimi a
wielorybim bóstwem. Moc zapulsowała w ich żyłach.
-Nie mam pojęcia, jakim cudem
odnaleźli naszą kryjówkę. – Westchnął dowódca Wielorybników, widocznie
dotknięty tą sytuacją. Stracił wielu obiecujących rekrutów, na dodatek wróg
podkradł się na tyle cicho, że zaskoczył wszystkich mieszkańców Dzielnicy.
-Być
może wcale się nie starali – odparł Aedan, wzruszając ramionami. – Ostatnio
wzmogła się aktywność rewidentów, bo natknęli się na opustoszałą kapliczkę
gdzieś nieopodal mostu Kaldwina. Serio, mają ogon jak stąd do Tyvii, przecież
dawno już ją przeszukaliśmy…
-Są jak dzieciaki – warknął na
to Thomas – każdy pretekst dla nich jest idealny na pokazanie swojej najnowszej
zdobyczy. Nawet, jeżeli tylko przeczesują całe miasto w poszukiwaniu
„nieczystych”.
Adhara zaśmiała się niemrawo,
sprawdzając stan swojego brzucha po ataku ze strony żołnierza; pod podwiniętą
koszulą błyszczała idealnie odciśnięta podeszwa okutego buta, ukazująca dość
niekorzystny stosunek szeregowca do bezbronnego Wielorybnika z głową w gruzie.
-Mają
tendencję do załatwiania sobie podobnych zabawek, więc nie zdziwiłabym się,
gdyby za tydzień wpadli tutaj z dwoma takimi krowami.
Aedan uniósł brew pod maską
- …Wtedy nie będą mieli nic do
roboty. Co najmniej dwa nasze oddziały ośluzy ruchają w każdy otwór.
-O wiele za dużo – skwitował
Daud, a w tej chwili ostatni z uwolnionych podniósł się gotowy do obrony swego
domu. – Przeszukujemy budynki od tego miejsca aż po granice Zatopionej,
najlepiej w parach, żeby nie zaskoczyli nas ponownie. – Odpowiedziało mu zgodne
„Tak jest!”. Herszt uśmiechnął się pod nosem podbudowany ofiarnością swoich
ludzi. – Możecie się wyżyć na niedobitkach. - Na ten sygnał Wielorybnicy wydali
z siebie wojowniczy okrzyk i rozpłynęli się z sykiem wibrującej mocy. Mężczyzna
zwrócił się do dziewczyny, jedynej pozostałej kamratki. – W porządku?
-Bywało gorzej…
-Kiedy pozbędziemy się tych
śmieci, idziesz od razu do medyka. – Zarządził ojcowsko, nie pozwalając jej
dokończyć zdania. Adhara jęknęła zniecierpliwiona. Od kiedy pamiętała Daud
chuchał i dmuchał na nią, jakby każda, nawet najmniejsza ranka miała zafundować
jej długą i Odmieniec jeden wie jak bolesną śmierć. Nie poprzestawał jednak na
samych urazach – był taki okres w jej życiu, gdy Nożownik stwierdził z nagła,
że w gruncie rzeczy się ona zaniedbuje, przez co obrał sobie za punkt honoru
codzienne zmuszanie jej do wciskania w siebie wszelakich konserw i tradycyjnych
ośmiu godzin snu. Odpuścił sobie dopiero wtedy, gdy, jeszcze jako
dziesięcioletnia dziewczynka, uciekła od niego na bite dwa tygodnie. Biedak
odchodził od zmysłów, podczas gdy mały brzdąc dość mocno zaprzyjaźnił się z
osławioną Babunią Łach i wykonywał dla niej drobne prace zbieracza w zamian za
dach nad głową i jedzenie.
Całkiem możliwe, że tej zdrady
Daud jeszcze nie zdążył jej wybaczyć.
Kulisty granat wturlał się do
ich małej bazy, tykając coraz szybciej z każdym ułamkiem sekundy. Mignęli w
ostatniej chwili – eksplozja zamieniła jedną ze ścian w kupę gruzu, przez co
idealnie wkomponowała się w ogólny rozgardiasz nadgryzionej zębem czasu i
natury Dzielnicy. Świadkowie podobnych procesów niszczących zgodnie twierdzili,
że im więcej tam rozwalonych mieszkań, tym robiło się piękniej i bardziej
swojsko. Na tyle swojsko, że w Miesiącu Wiatru każdego roku, Wielorybnicy
bawili się w układanie figur z gruzu i cegieł, tylko po to, by uwieńczyć swoją
pracę rzucanką. Tak, dokładnie tym samym gruzem i cegłami.
Szeregowiec, skryty dotychczas w
jednym z budynków, rzucił się na Adharę z wojowniczym okrzykiem, jednak jedyne,
co go spotkało, to lekko falujące powietrze z resztkami czarnych kawałeczków
Mignięcia. Nim się obrócił, rękojeść wielorybniczego noża wgniotła mu się w
szczękę i pozbawiła go równowagi. Świst zwalnianej cięciwy uprzedził krótki, stalowy
bełt, który utkwił w jego krtani i kolejny, tym razem między jego oczami.
Szarak osunął się na ziemię z wyrazem niedowierzania na twarzy.
Huk wystrzału pistoletu
tranowego wstrząsnął małym placykiem. Drugi dowódca, najprawdopodobniej
sprawujący pieczę nad przeszukiwaniem budynków, wyskoczył z dziury po dawnych
drzwiach budynku jakiś bogaczy, za nim zaś dwóch niższych rangą osiłków.
Daud pokręcił głową z
niedowierzaniem. Taka ilość żołnierzy Cesarzowej nie wskazywała wcale na
rutynowy wypad w poszukiwaniu nieczystych. Wydawali się być zorganizowani,
przytargali to wielkie ustrojstwo, wiedzieli jak odróżnić młodzika od mistrza…
Nie chciał dopuszczać do siebie myśli, że wśród jego przybranych dzieci pojawił
się zdrajca, choć ta opcja wydawała się najbardziej podobna prawdzie. Kto
wiedziałby o wale transmisyjnym i społeczności Wielorybników, gdyby nie miał z
tym bezpośredniej styczności? Kto doniósłby o wypadzie połowy Dzielnicy po
zapasy żywności? A może to właśnie jeden z zaopatrzeniowców odłączył się od
grupy i zakręcił swoje zdradliwe dupsko gdzieś koło posterunku?
Z rozmyślań wyrwał go pozostały
przy życiu szeregowiec. Osiłek nie zdążył nawet się zamachnąć, gdy Daud chwycił
go za szyję i wbił nóż w jej bok. Odrzucił ciało, z zamiarem zabrania się za dowódcę,
jednak powstrzymał go kolejny wystrzał.
Adhara drgnęła zaskoczona i
automatycznie rozpłynęła się w powietrzu, by po chwili pojawić się za mężczyzną
w niebieskim mundurze. Złapała go za dymiący pistolet i wykręciła rękę, jakby
nie kosztowało jest to zbyt wiele siły, a herszt skrytobójców dopełnił dzieła,
rozpruwając jego brzuch. Zapach krwi rozniósł się wokół nich.
-Drugi chorąży na rutynowym
wypadzie? To się kupy nie trzyma. – Sapnęła do siebie przez maskę i zwróciła
się do mężczyzny zafrasowana. – Daud, ru… Na Odmieńca, ty krwawisz! – Śmignęła
do niego przerażona nie na żarty. Nawet nie zauważyła, ze drugi pocisk został
wystrzelony w stronę jej mistrza.
-To nic – mruknął, odrywając
kawałek koszuli z rękawa. Adhara pomogła mu przy opatrunku na ramieniu, ale
materiał od razu przesiąknął. – Miał cela, skubany. – Zaśmiał się, mimo bólu.
-…Miał cela? – Ofuknęła się
dziewczyna. – Tylko tyle? Mógł cię zabić!
Dowódca Wielorybników machnął na
to zdrową ręką. – Nie rób ze mnie starego grzyba sypiącego się przy każdym
kroku. – Zbagatelizował to, jak miał w zwyczaju, a gdy jego towarzyszka już
chciała ryknąć, jak to on o siebie nie dba i sam rzuca się śmierci do pyska,
powstrzymał ją uniesieniem ręki. Zamilkła momentalnie, choć widać było, ze
blisko jej do rozpoczęcia kolejnego wykładu. – A teraz grzecznie przestajesz
się przejmować i idziemy dobijać ostatki, rozumiemy się? – Posłał jej to swoje
spojrzenie nieznoszące sprzeciwu.
Wielorybniczka chcąc, nie chcąc
kiwnęła głową.
-Tak, szefie. Ale! – Mężczyzna
spojrzał na nią pytającym wzrokiem. – Razem idziemy do doktorka. I wisisz mi
pączka.
-Co? – Uniósł brwi zaskoczony,
ale jej już nie było. – Adhara! – Naprawdę sądził, że jak tylko ją zawoła, to
grzecznie się pojawi i będzie go słuchać? Rozbrykana gówniara, on dla niej
wszystko, jedzenie sobie wyjmował z ust, żeby ona miała, poświęcał dla niej
czas, a ona jeszcze śmiała z nim dyskutować!
Porozmawia sobie z nią, ale
wtedy, gdy sytuacja w Dzielnicy się ustabilizuje.
Rozruszał lekko zranioną rękę.
Nie bolała już tak mocno, znak Odmieńca zaczął powoli leczyć ranę, choć wciąż
pozostało wyciągnąć tkwiącą tam kulę.
Gdzieś niedaleko wybuchł granat.
Mistrz skrytobójców podążył za dźwiękiem z cichym sykiem Mignięcia.
Daud zamknąwszy drzwi od gabinetu dzielnicowego medyka, dopiął
ostatni guzik od koszuli i założył swój charakterystyczny, czerwony płaszcz.
Doktorek wykonał kawał dobrej roboty, nowy opatrunek był solidny, nie
przeciekał, a o uwieraniu nie było nawet mowy. Herszt wiedział, że po takiej
opiece szybko się wyliże.
Całe zalane Rudshore równie
prędko otrząśnie się po tym niespodziewanym ataku ze strony władz Dunwall;
neutralizacja wroga trwała krótko i była nadzwyczaj krwawa, gdy wściekli
Wielorybnicy należycie zemścili się za natarcie. Ocalało tylko dwóch rewidentów,
aktualnie uśpionych i czekających na przesłuchanie, gdy odnajdzie się jakiś
bezrobotny skrytobójca zdolny przemienić perswazję w szczypce, rozgrzane druty
oraz mocne impulsy elektryczne wykręcające członki, jak wielorybie jelita.
Herszt
już miał wstąpić na kładkę biegnącą ponad oczyszczonym wcześniej kanałem, gdy
niespodziewanie coś przed nim śmignęło, wydając przy tym dźwięk przypominający
bardziej krztuszenie się płaczka, niż śmiech, którym chyba to coś powinno być.
Daud zatrzymał się jak wryty.
-To mój kadłubek! – Ryknęła
Adhara, pędząc za czarno-szarą, skrzeczącą smugą. – Znowu zabrałeś mi moją całą
radość życia, ty osmarkany przez wieloryba, pier… - Reszta tego jakże
kreatywnego wyzwiska zniknęła w szumie Mignięcia, gdy gonitwa przeniosła się na
inny dach, możliwie z mniejszym ryzykiem wpadnięcia na obandażowanego herszta.
Który teraz nie za bardzo wiedział, co ma myśleć.
Jego ludzie właśnie w tej chwili
kłócili się o okaleczone zwłoki żołnierza. Nie uznał tego za brak szacunku, bo
i wojsko nigdy nie szanowało skrytobójców, ale truposz, to truposz. Nie
układamy z nich małych zamków i fortec, tylko przerzucamy w miejsce, gdzie
szczury się nimi zajmą albo morze zabierze na drugi kraniec świata, by ludzie
dowiedzieli się, co robi się ze służbami w Dunwall.
Przecież tak właśnie ich
wychowywał!
Gdy znów chciał wstąpić na
kładkę, huk obwieścił pojawienie się na niej kolejnego Wielorybnika. Zignorował
kompletnie zniecierpliwioną minę przełożonego i wyciągnął do niego rękę, trzymając
w niej plik kartek.
-Szefie, spisałem statystykę
zgonów wraz z imionami i nazwiskami naszych braci. Ucierpiały tylko najmłodsze
szeregi, nie straciliśmy żadnego weterana.
-Dobrze. Mam rozumieć, że
wszelakie możliwe sprzęty zostały już przejęte? – Spytał mężczyzna, odebrawszy
papierki. Jego podopieczny pokiwał głową.
-Z pozytywy mało co zostało, ale
resztę wyczyściliśmy, jak szczury zwłoki w rynsztoku – zasalutował zadowolony z
siebie.
Daud odetchnął; czyli jemu
została już tylko papierkowa robota, bo jego ludzie doskonale wywiązali się z
powierzonych obowiązków.
-Dziękuję, Thomasie. – Poklepał
go po ramieniu. – Jak zwykle niezawodny, nie to co te oszołomy. – Skinieniem
głowy wskazał na wciąż ganiające się kropki kilkanaście dachów dalej.
Wtedy właśnie odcięta głowa
strażnika wypadła chłopakowi z rąk i, odbiwszy się od deski, runęła do kanału z
głośnym pluskiem. Daudowi zadrgała brew.
-Mam nadzieję, że nie planowałeś
tym w nikogo rzucać – warknął głosem tak złowieszczym, że śpiew wielorybów przy
tym, to czułe szeptanie.
Na przekór wszystkiemu o dechę
uderzyło jeszcze więcej ludzkich głów; Thomas musiał schować je pod płaszczem.
Dość nieudolnie.
-Szefie, to nie tak! Ja tylko…
-Ile razy mówiłem, żebyście nie
bawili się trupami?! – Krzyknął zawiedziony postawą swojego najstateczniejszego,
bo i najstarszego skrytobójcy. – Przez cały czas powtarzam wam, że trupów
pozbywamy się jak najprędzej, bo plaga szybko się w nich zalęga, a wy… A wy..!
– Zabrakło mu słów.
-…Mieliśmy grać w dwa ognie całą
paczką, szefie..?
-Zejdź mi z oczu, Thomas. Zejdź
mi z oczu…
I zszedł. A raczej spadł.
Jeden krok w bok wystarczył,
żeby Wielorybnik runął jak kamień w przepływającą pod spodem wodę. Chwila
niepewności, która nastąpiła po tym jakże dosłownym wykonaniu rozkazu,
przypominała Daudowi dzieciństwo, gdy, jako młody chłopiec, próbował utopić
drewno; wtedy też liczył na to, że rzucona deska nie wypłynie.
Ale zawsze wypływała.
-Nic mi nie jest! –
Zakomunikował Thomas beztrosko, cały mokry i pokryty rzęsą. Gdyby nie był teraz
po pachy w wodzie, z pewnością dostrzegłby, jak jego mistrz zdrową ręką
zakrywał sobie twarz, najwidoczniej niezbyt pocieszony, że chłopakowi
rzeczywiście nic nie jest. Fizycznie, oczywiście – o psychice można by
dyskutować przy mocnym trunku przez co najmniej dwie nocki, a temat ciągnąłby
się i ciągnął jak próba prowadzenia rozmowy o polityce ze starą kurtyzaną.
Herszt skrytobójców postanowił
nie przejmować się taplającym w kanale podopiecznym i zwyczajnie wrócić do
swoich obowiązków – nic tak nie odpręża, jak posiedzenie w swoim już mocno
podziurawionym, ale jakże wygodnym, fotelu i rozszyfrowywanie różnych, zabazgrolonych
charakterów pisma zwiadowców. Uwielbiał psuć sobie wzrok przy ich drobnych
maczkach, które w gruncie rzeczy i tak później przepisywał i przylepiał na
wielką tablicę korkową na ścianie za biurkiem.
Odczekał chwilę, spodziewając
się kolejnego ataku któregoś z Wielorybników na kładkę, jednak gdy podobne
wydarzenie nie miało miejsca, już dziarniej zamiast wstąpić na deskę, Mignął na
sąsiedni dach, a tam dalej do centrum, byle szybciej znaleźć się w swoim
gabinecie.
-Dlaczego
ja mam tam włazić? Przecież ta kupa zaraz runie prosto w to bagno na dole –
Adhara bezlitośnie sprowadziła na ziemię dwójkę chłopaków, usilnie próbujących
wmówić jej, że taka zabawa jest dosyć ciekawa i, co najważniejsze, zatwierdzona
przez samego Dauda. Liczyli, że z tym argumentem Wielorybniczka nie będzie
polemizować, ale Adhara zawsze za bardzo wnikała i nie miała oporów, żeby
walczyć o swoje racje, nawet przy pomocy ostrza.
-Wejdziesz
tam, ponieważ jesteś najlżejsza z nas, kochaniutka – Aedan, powiedziawszy to
głosem starszego brata tłumaczącego coś swojej z lekka upośledzonej siostrze,
objął dziewczynę ramieniem i wskazał na uformowany z trupów obiekt kłótni. Tak,
jak ich herszt kazał wszystkich martwych agresorów natychmiastowo wywalić za
granicę podtopionego terenu Wielorybników, tak Aedan i Thomas postanowili
przechwytywać co większe ciała, by zostawić swój ślad w Dzielnicy w postaci,
psującej się od panującego wokół gorąca, kupy mięsa. Jednym słowem – sztuka, choć i tak powiecie,
ze to sadyści bez poczucia smaku. – A poza tym będzie wesoło.
-Piźnij
się w czoło, to będzie wesoło – od razu odbiła piłeczkę, krzyżując ręce na
piersiach w akcie niedostępności. – Ostatnia taka sytuacja skończyła się moją
złamaną ręką, a Thomas wbił sobie nóż w udo. To naprawdę was nie zniechęca? –
Spytała z nutką nadziei w głosie.
Wspomniany
Wielorybnik był jednak bezlitosny, jak szczudłak depczący płaczki.
-Kobieto, tą blizną chwalę się
do teraz każdej dziwce, którą spotkam!
-Pewnie
dlatego żadna dziunia ze Złotego Kota nie chce z tobą rozmawiać! – Odwarknęła
Adhara, na co Aedan parsknął śmiechem.
-Zabawne,
że mówi to osoba chodząca do burdelu tylko po to, żeby się nażreć – Thomas nie
dawał za wygraną, wyciągając nawet najbardziej absurdalne brudy z ich życia.
-W
przeciwieństwie do ciebie, mój drogi, moje królewskie gardło nie przełknie tych
obrzydliwych konserw ze śmietnika!
-Adhusia…
- Zaczął niepewnie Aedan, powstrzymując się, żeby znowu nie zacząć się śmiać. –
Zdajesz sobie sprawę, że rozmowa o burdelu i jednoczesne wspomnienie gardła nie
grają na twoją korzyść? – Dziewczyna już miała coś odpowiedzieć, gdyby jej nie
uprzedził. – W sumie powinnaś wiedzieć to z tej swojej kolekcji pornuchów w
kwaterze.
Jego
towarzysze spojrzeli na niego zdziwieni, jak dwie przekupki, które dopiero co
ogarnęły, że upragniony klient zamiast przyjść do nich poszedł do „tej pizdy z
nieświeżymi warzywami.” Z resztą ich miny niewiele odbiegały od wyrazów twarzy
tych majestatycznych kobiet. Cała Dzielnica na ten krótki moment zamilkła,
nawet piszczące wokół szczury pozamykały pyszczki tylko po to, by móc wpatrywać
się w chłopaka z równym zaskoczeniem, nawet jeżeli nic nie zrozumiały z tej
paplaniny.
W
końcu ktoś przełamał tę straszliwą martwicę.
-Zachary,
pierunie, kaj peniasz z tymi flaszkami?
-To
ty nic nie wiesz, Vladko? Szykuje się niezła popijawa, by czcić nas i to jak
wręcz śpiewająco uporaliśmy się z tymi mundurowcami!
-O
skurwesyn, bym nie wiedzioł. Żem dopiero te wypiździejstwa skończył sprzuntać…
-Jaki
z ciebie pracowity człowiek, mój drogi przyjacielu! Zechciałbyś tak teraz
rozparcelować jedną buteleczkę, tak na odsapnięcie? Oczywiście, kulturalnie.
Szum
Mignięcia w oddali.
-Zawsze
żem wiedział, że z ciebie to prawilny paciulok.
-Dla
tak dobrodusznego Wielorybnika jak ty… - w tym momencie nowo narodzone kółko
wzajemnej adoracji poczęło się pospiesznie oddalać ku kwaterom, by tam
spożytkować płynną przyjaźń zagryzaną śledziowym zachwytem. Tak właśnie
zawierało się przyjaźnie w Zatopionej Dzielnicy. I to przyjaźnie na śmierć i
życie.
-A
niech mnie Odmieniec w dupę kopnie – przemówił Thomas, głosem tak zdumionym, że
przypominał bardziej pisk podekscytowanego dziesięciolatka w trakcie mutacji,
aniżeli jednego z najbardziej doświadczonych Wielorybniczych skrytobójców.
Aedan na to prawie podskoczył zadowolony, nie spodziewając się, że zrobi to
takie wrażenie na starszym koledze.
-Widzisz?
Nawet Adhara nie jest taka święta, za jaką chce uchodzić! – Wskazał
oskarżycielskim palcem na dziewczynę, która przez ten cały czas próbowała
dyskretnie udać się w tym samym kierunku, co „dobroduszny Wielorybnik” i
„prawilny paciulok”, lecz gdy rozmowa znów skupiła się na jej skromnej osobie,
momentalnie zesztywniała, praktycznie u samego podnóża śmierdzącej góry.
Thomas
podrapał się po twarzy, trochę zwlekając z odpowiedzią na entuzjazm
przyjaciela.
-…Bardziej chodziło mi o to, że
o chlańsku dowiedziałem się przypadkiem. – Gdyby nie maska, chłopak dostrzegłby
straszliwy grymas na twarzy Aedana, który przez to sprostowanie zamienił się we
wściekłego, dzikiego psa, brutalnie pozbawionego ulubionej kości. Następujący
po chwili warkot tylko utwierdził go w przekonaniu, że przyjaciel zaraz rzuci
mu się do gardła albo do sprzętu między nogami. Chyba pora spierdalać. – No to
ten – zaczął aż nazbyt inteligentnie, cofając się kilka kroków – lepiej zakręcę
się gdzieś w pobliżu tej popijawy, żeby nie wcisnęli mnie na nocną wartę. – I
nim jego zirytowany kolega zdążył zaprotestować, rozpłynął się w powietrzu.
-Zdrajca!
Nie tak się umawialiśmy! – Zawołał tylko za nim, kompletnie załamany. Misterny
plan rodzący się w ich skrytobójczych łepkach od dłuższego czasu powoli się
walił. Tylko czekali na okazję do zdobycia takiej ilości trupów jak teraz,
męczyli się, by ułożyć z nich prawdopodobnie najbardziej nowoczesną figurę tej
dekady, pozostało im tylko postawić na szczycie, zakoszoną z pobliskiego
garnizonu miesiąc temu, chorągiewkę barwy świeżych szczyn. Widać Thomasowi
jakoś specjalnie nie zależało na próbie przekonania Adhary do uwieńczenia ich
pracy, wolał zapić się na umór i próbować podbijać do Billie Lurk, o ile wróci
dzisiaj ze zbierania zapasów.
Aedan
pozostawiony sam sobie mógł bez wyrzutów sumienia stwierdzić, że ten dzień,
mimo adrenaliny koło południa, był całkowicie do dupy i najlepiej, gdyby był
kartką, złożyłby go w rulonik i wsadził w rzyć któremuś z jeńców.
Aż
tu nagle czyjeś małe, odziane w rękawice rączki zaczęły rozpinać mu płaszcz i
grzebać pod nim natarczywie.
Cóż,
może jak dobrze to rozegra, to nie będzie to aż tak cieciowaty dzień.
-Adhusia,
słonce, jeżeli chcesz się zabawić, to wystarczy powiedzieć. – Poklepał Wielorybniczkę po głowie i już
chciał ją do siebie przyciągnąć, gdyby nagle nie Mignęła za niego i nie zaczęła
sprawdzać tylnych kieszeni płaszcza oraz spodni.
Dość
dziwaczna gra wstępna.
-Gdzie
to chowasz, Aed? – Spytała w końcu głosem z lekka… spanikowanym?
Skrytobójca
zamrugał zaskoczony, starając się spojrzeć na dziewczynę za sobą.
-Co mam chować? To, co
najważniejsze, czyli urok osobisty i zajebistość, są zawsze na wierzchu. Czego
jeszcze ode mnie chcesz?
-Uroku
osobistego i zajebistości Williama! –
Odpowiedziawszy od razu, powróciła do obklepywania, dosyć z tego zadowolonego,
chłopaka. Nawet rozłożył ręce, żeby zwiększyć powierzchnię miziania.
-Aaaaha!
– Specjalnie przeciągał samogłoski. – Chodzi ci o TEGO Williama, prawda? Masz u
siebie sporą kolekcję tych chamskich harlequinów.
-Chociaż
mam pasje! – Obruszyła się momentalnie. – A ty nie musisz o nich rozpowiadać
przy każdej możliwej okazji. …I w ogóle, co robiłeś w mojej kwaterze?
-Moja
droga, co prosty chłopak w moim wieku może robić w damskim pokoiku?
-…Nie
wiem, oświeć mnie, specjalisto.
-Szukałem
jakichkolwiek haków na pewną rzekomo niewinną Wielorybniczkę. – Odparł,
uśmiechając się anielsko. – I powiem ci, że się nie zawiodłem. Choć nie
spodziewałem się, że moją wieloletnią przyjaciółkę może kręcić porno, w którym
główną rolę odgrywa nabuzowany testosteronem wilkołak i jego niewinna blond
dziunia.
-Czytałeś
to..? – Policzki dziewczyny od razu przybrały krwisty odcień. Trafił w czuły
punkt i doskonale o tym wiedział.
-Oczywiście!
– Jego usatysfakcjonowany wyszczerz z każdą kolejną chwilą stawał się coraz
szerszy, gdy wywietrzył okazję do dopięcia swego. – Nawet sobie pożyczyłem
jeden tomik i nauczyłem się na pamięć tej sceny, gdzie William brał Charlotte
na łące. – Coraz bardziej pogrążał dziewczynę, rumieniącą się słodko na
wiadomość o odkrywaniu jej niecnych sekretów.
-Może…
Oddasz mi teraz książkę i o wszystkim zapomnimy? – Spytała w końcu, pokonana,
jakby wcale Aedana nie znała.
-Kochanie,
nie ma sprawy! – Jego oczy praktycznie świeciły od ekscytacji. Wyciągnął żółtą
szmatę przytroczoną do obrzęptolonego patyka i podał dziewczynie. – Ale takie
rzeczy, niestety, kosztują.
W
swojej aktualnej sytuacji, Adhara powinna czuć się co najmniej nieswojo, w
końcu dała się tak głupio podejść i wkopać w dość lepki ciąg zdarzeń,
skutkujący błotofobią do końca życia. Na szczęście, jednak, grube tomisko
schowane pod wielorybniczym płaszczem było miłym wynagrodzeniem wszelakich
krzywd i niegodziwości ze strony, już byłego na ten moment, przyjaciela.
Z
nadzwyczaj dobrym humorem, bowiem wciąż wspominała, jak skutecznie wciągnęła
Aedana ze sobą do bagna, pojawiła się przed mocnymi, stalowymi drzwiami
prowadzącymi wprost do gabinetu Dauda. Od kiedy pamiętała, przychodziła do
niego wieczorami, zazwyczaj tylko po to, by powiedzieć proste „Dobranoc” – ot
taka ich mała tradycja, sygnalizacja, że wszystko jest w porządku.
Było
dosyć późno, nieregularne szumy obwieszczały, że Wielorybnicy powoli zbierali
się na dachu starej hali nieopodal na uczczenie odparcia niespodziewanego
ataku, dlatego też Adhara nie spodziewała się, że oprócz swojego herszta w
gabinecie zastanie jeszcze małą grupkę skrytobójców wraz z wyróżniającą się
wśród nich postacią odzianą w czerwony mundur podobny do tego, którym szczycił
się sam Nożownik. Najwidoczniej Billie Lurk powróciła do Dzielnicy; szkoda
tylko, że gdy było już po wszystkim.
Ciemnoskóra
kobieta stała się głównym powodem, przez który młoda Wielorybniczka nawet nie
wyściubiła rurowatego przodu maski z cienia zapewnianego przez niewielki zasięg
starego żyrandola straszącego z sufitu od zarania dziejów. Owijając w bawełnę,
te dwie panie były dla siebie niczym ogień i woda, a ich uczucie tryskało tak
żywo i energicznie, że trzy tygodnie temu obie wylądowały u medyka na
poważniejszym szyciu – warto dodać, że zarzewie tego wręcz kultowego w
Dzielnicy konfliktu było równie niewiadome, co powody typowego damskiego focha.
Billie i Adhara były jedynymi
kobietami w całym Rudshore, początkowo uważanymi za mniej nadające się na
skrytobójców od mężczyzn. Jako że pod względem wojowniczego charakteru były
podobne, za punkt honoru obrały sobie udowodnienie innym, w jak mocno
przekichanym błędzie byli. Zawsze trzymały się razem, wspólnie przyuczały się
fachu, we dwie ruszały na zwiady - było to jeszcze w latach, gdy Aedan i Thomas
nie oszczędzali młodej i szyderczo rechotali z każdej jej porażki – aż w końcu
udało im się niemalże perfekcyjnie przejść przez swoje klincze, czyli pierwsze
poważne zabójstwa będące formą egzaminu Wielorybniczej dojrzałości. Cel
osiągnięty, Adhara i Billie przestały być symbolem skrytobójczego niedołęstwa i
żaden z mężczyzn nie śmiał, nawet po pijaku, chlapnąć o nich kolejnego
oczernienia. Można powiedzieć, że we dwie ustawiły się jak mało kto w ich
społeczności.
Ten stan błogości trwał ponad
dwa tygodnie, dopóki coś z nagła się nie „rypło”. Nikt nie wiedział dlaczego,
nikt dokładnie nie wiedział kiedy, ale z dnia na dzień dwie najprzedniejsze
kamratki zamieniły się w dwie wściekłe kocice szczerzące kły, gdy tylko któraś
mignęła drugiej za rogiem. Nikogo za bardzo nie zabolało to zdarzenie, w końcu
do samotnej mistrzyni Wielorybniczej zawsze można się przytulić i ciągnąć
korzyści z odjebanych perfekcyjnie misji, dlatego też nikt nie reagował na ich
rytualne kłótnie o jakieś pierdoły. Aż nagle wyzwiska zamieniły się w ostrza i
pięści, dwie harpie regularnie rzucały się na siebie z pazurami, czemu nie
mogło przeszkodzić nic, prócz brutalnej interwencji Dauda – herszt w końcu nie
mógł pozwolić, żeby dwie jego najprzedniejsze uczennice powybijały się
nawzajem, jak młodociane ulicznice.
Nożownik z Dunwall odprawiwszy
oddział po krótkim sprawozdaniu, uporządkował notatki, a raczej ułożył je w
kolejną kolumienkę, oparł brodę na splecionych dłoniach i spojrzał w ciemny kąt
pomieszczenia.
-Wiem, że tam jesteś, maleńka.
Szkła maski odbiły światło
żyrandola, nim gwałtownie zniknęły w mroku, gdy dziewczyna ściągnęła nakrycie
twarzy. Pojawiła się szybko przy krześle po drugiej stronie stołu i rozsiadła
się wygodnie, a raczej na tyle wygodnie, na ile pozwalało stare drewno. Nie
miała zamiaru zbyt przyjaźnie zaczynać tej rozmowy.
-Ma raszpla wyczucie, pół dnia
wcześniej, a jeszcze mogła nam pomóc.
-Doskonale wiesz, że to nie
zależało od niej. Nie mieli pojęcia o rewidentach. – Westchnął mężczyzna
męczenniczo. Spodziewał się, jak Adhara zareaguje na wiadomość o powrocie
zbieraczy, zwłaszcza, że znał jej awersy do Billie. Dlatego też postanowił od
razu zmienić temat, żeby nie musieć strzępić ryja pod sam wieczór. Zlustrował
szybko Wielorybniczkę od stóp do głów, po czym stwierdził nad wyraz
oskarżycielsko. – Zapaskudziłaś mi podłogę błotem.
-Wybacz, nie jestem czysta, bo
nie ganiałam po Dunwall w poszukiwaniu konserw i starego chleba – odparła od
razu, wzruszając lekceważąco ramionami.
-Będę musiał ustalić wam jakieś godziny
odwiedzin, bo teraz kompletnie nie da się z tobą rozmawiać. – Zaśmiał się pod
nosem i podjechał na krześle do jednego z regałów z zamiarem… W sumie tylko po
to, by coś zrobić. Zawsze, gdy był czymś zestresowany albo palił mocne
Serkoniańskie cygara, albo zwyczajnie nie mógł usiedzieć na miejscu. Akurat
teraz zapodział gdzieś papierośnicę i musiał sobie radzić z tym, co miał.
-…Nie to, co Lurk, hm? –
Zmrużyła oczy, ewidentnie nie dając odciągnąć się od drażniącego ją tematu, aż
nagle odchyliła się na krześle, rozmasowując powieki. – Wybacz, w tym swoim
kubraczku działa na mnie jak płachta na byka. Swoją drogą, dalej nie rozumiem,
czemu go nosi; myśli, że jest jakaś lepsza, wielka pani ubierająca się jak szanowany
Daud? – Myślała na głos, wgapiając się w sufit skupiona, jak nigdy dotąd.
Mężczyzna już miał jej odpowiedzieć, gdy niespodziewanie zmieniła kurs,
zupełnie jakby jej wcześniejsze słowa rzeczywiście były czysto do sufitu. – Jak
ręka?
Zmiana drażliwego tematu,
dobrze, że nie musiał się tyle wysilać.
-Prawie cała, za dwa dni będę
jak nowy. – Czapnął jakąś książkę z półki, oczywiście dla niepoznaki, i wrócił
do biurka. – Cud, że pozwoliłaś mi walczyć z aż tak POWAŻNĄ raną, zazwyczaj
marudzisz mi nawet, kiedy zarżnę się przy goleniu.
-Bo leje się z ciebie, jak ze
zdechłego wieloryba! – Obruszyła się momentalnie. – Aż tak nie pasuje ci moja
troska?
Odkaszlnął.
-Co za dużo, to niezdrowo, moja
droga. Wspomnisz moje słowa, gdy…
-Gdy zapłaczesz się na śmierć przy
moim złamanym paznokciu? – Uniosła brew z rozbawieniem. Atmosfera robiła się
powoli luźniejsza, co Daudowi było zdecydowanie na rękę. Splótł palce i oparł
łokcie na blacie.
-Zgaduję, że nie wybierasz się
na to świętowanie? – Wzrokiem wskazał okno, przez które do pokoju wpadały
pierwsze dźwięki głośniejszych rozmów. Adhara pokręciła głową.
-Za dużo wrażeń na dzisiaj, ale
chętnie popatrzę, jak jutro będziecie się składać na kacu. – Chochlikowy płomyk
zabłysł w jej oczach.
-Nie rozumiem, czemu wrzucasz mnie
do jednego worka razem z tymi pijakami. – Udał obrażonego, jednak szybko
ustąpiło to miejsca tradycyjnemu przyczajeniu, gdy chce się komuś przekazać
coś, co możliwie mu się nie spodoba. – Skoro cię nie będzie, to nawet się
dobrze składa, będziesz wiedziała przed wszystkimi…
-O czym? – Zainteresowała się
momentalnie, przysuwając do Dauda, by jak najlepiej usłyszeć jego słowa. Jednak
zamiast nich w gabinecie rozbrzmiał tylko cichy szum, gdy kobieta w czerwonym
mundurze pojawiła się zaraz przy blacie.
-Daud – zaczęła od razu Billie –
ja mam szykować jakieś przemówienie na wieczór, czy po prostu ogłosimy im to
przy kieliszku? – Ciemnoskóra dopiero po chwili zauważyła siedzącą na krześle
Adharę i choć bardzo nie chciała tego po sobie poznać, niezbyt przyjazne pioruny
wytrysnęły jej z oczu wprost w młodą Wielorybniczkę. Rzecz jasna z
wzajemnością; mierzyły siebie wzrokiem jak oceniające przeciwnika tygrysice.
-Po prostu się im to powie –
wzruszył ramionami – nie przywykliśmy do czczego, pięknego gadania, jak ci wysoko
urodzeni.
Adhara nic już nie rozumiała.
-Co to za wielkie ogłoszenie, że
musicie obwieszczać je w dwójkę? – Uniosła brew, zwracając się wyłącznie do
Dauda, dla Billie przeznaczone były tylko kurwiki w ślepiach.
Choć to i tak jej rywalka
pierwsza otworzyła usta.
-To ona nic jeszcze nie wie? –
Twarz Lurk rozpromieniła się gwałtownie. Skrytobójczyni klasnęła w dłonie nadzwyczaj
zadowolona. – Droga szprycho, nasz wspaniały mistrz wybrał zastępcę.
-Zastępcę? Spieszy ci się
gdzieś? – Posłała mężczyźnie średnio przyjemne spojrzenie, mogące być spokojnie
zatytułowane „Co to za cyrk?”.
I się stało, Daud chciał
powiedzieć to Adharze osobiście i w miarę na spokojnie, ale Billie była zbyt
temperamentna i cięta na młodą, żeby dopuścić go do słowa. – Myślę przyszłościowo,
maleńka. Mam już swoje lata, a Wielorybnicy potrzebują kogoś, kto ich
poprowadzi, gdy mnie zabraknie.
-Kto jest, więc, tym
szczęściarzem?
Zamiast werbalnej odpowiedzi,
herszt wpatrywał się w dziewczynę znacząco, na co ta aż musiała wstać.
-Żartujesz sobie, nie?
-Jestem śmiertelnie poważny. I
wiem, jak bardzo ci to nie odpowiada.
-To chyba nie jest żadna
tajemnica. – Dodała Billie z nutką pogardy, krzyżując ręce na piersiach.
Adhara nie spodziewała się, że
ten dzień kiedyś nadejdzie i, że będzie mogła go umieścić w rubryczce „Żałuję,
że wtedy nie pożarły mnie szczury”. Spodziewała się po Daudzie wszystkiego;
kolejnego śmiertelnie niebezpiecznego zlecenia, rodzinnego wypadu do burdelu,
czy akcji z kradnięciem mebli arystokratów, które akurat mu się spodobały, ale
nie tego.
-Skrytobójczyni Billie Lurk
hersztem Wielorybników – powiedziała powoli, chcąc jak najszybciej oswoić się z
tym absurdem, jednak na niewiele się to zdało. Za każdym razem, gdy powtarzała
tę frazę w myślach, czuła się, jakby ktoś zaserwował jej szybki przelot przez
włączoną Świetlną Ścianę.
Jej największa rywalka osiągnęła
coś, o czym ona mogła tylko pomarzyć; do tego teraz ewidentnie zaśmiewała się z
jej reakcji. Nie tak wyobrażała sobie ten wieczór i prawdopodobnie przez to
zapamięta go do końca swoich dni.
-Cóż… - Powiedziała w końcu, szybko
wdziewając maskę obojętności. – W takim razie, w chwili, gdy tylko Daud
przestanie nami dowodzić, ja przestanę być Wielorybnikiem.
Ty wiesz. Ty dobrze wiesz ile ja się na to naczekałam. Ty bardzo dobrze wiesz!
OdpowiedzUsuńCieszy mnie, że w końcu przerobiłaś bloga na taki ogólny, bo dzięki temu częściej będę dostawać coś do czytania! *_*
Nie mogłabym marnować czasu spokojnie, wiedząc, że to cudo tutaj jest i czeka na skomentowanie. =w=
Po pierwsze... nigdy ci tego nie mówiłam (Bo jeszcze ci się, cholera, w dupie poprzewraca! D:< ), ale serio kocham twoje opisy. Nieważne czy osób, miejsc albo zdarzeń. Po prostu są takie żywe i przyjemne, że czytając to za pierwszym razem... wciągnęłam jak odkurzacz. XD
Druga sprawa... O KURWA, KOCHAM AEDANA I THUŚKA JESZCZE BARDZIEJ. Tak właściwie to oni tam nie mają jakichś... bo ja wiem, planszowek, że biedni muszą kadłubkami się bawić? To niehigieniczne. ;_; I brudzi mundur. ;_;
"Jeden krok w bok wystarczył, żeby Wielorybnik runął jak kamień w przepływającą pod spodem wodę. Chwila niepewności, która nastąpiła po tym jakże dosłownym wykonaniu rozkazu, przypominała Daudowi dzieciństwo, gdy, jako młody chłopiec, próbował utopić drewno; wtedy też liczył na to, że rzucona deska nie wypłynie.
Ale zawsze wypływała.
-Nic mi nie jest! – Zakomunikował Thomas beztrosko (...)" <- Ile razy nie przeczytam tego fragmentu, chce mi się śmiać...XDDDD Daud, serio... XDD
Od dzisiaj będę cię nazywać "prawilnym paciulokiem", jakoś mi to do ciebie pasuje. xD
No i ta końcówka... no kurde. KURDEKURDEKURDE! *Kopie krzesełka, wywraca stoliki* Czemu?! ;_; Czemu Daud to zrobił?! Q______Q"" Pewnie zrobił to specjalnie, bo wiedział, że taki chory odpał z sekso... znaczy wredną Billie mnie dobije! >0<"
Ej...Ale Adhara serio nie mówiła, co nie? Błagam, powiedz, że to tylko żart, a ty nie masz w planach skończyć całej serii jej epickim porzuceniem Aedana i Thomasa... POWIEDZ, ŻE NIE. Q___________Q *Płacze jak wieloryb w rzeźni*.
No ci powiem, że ten kilometrowy rozdział mnie mocno ruszył. Więcej rozdziałów potrzebuję, jestem zachłanna bestia. ;_;
Powodzenia z weną, jak ci zwieje to jej nakopie do dupy i czasu na pisanie życzę, bo jego to ciągle brakuje! ;3;
Oj tak, trochę czasu minęło. Mam nadzieję, że nie zdążyłaś osiwieć ;w;
UsuńTyle pozytywów *^* Mi też będzie łatwiej, bo moja wena jest fest zmienna i rzadko przyczepia się do czegoś na długość regularnej serii XD
*Właśnie przewróciło jej się w dupie* D:< Piszę z Tobą od tylu lat, a Ty dopiero mówisz, że jesteś odkurzaczem?! ...Chociaż doceniasz te moje wypocinki ;^;
Obawiam się, że z ich ruchliwością zwyczajny chińczyk skończyłby się ustawką pod pomnikiem Cesarzowej albo nieterminową rzucanką gruzem ;w; Może niech lepiej już brudzą te mundury - łatwiej uprać ubranie, niż wyklepać wgniecioną czaszkę.
Inni z pasji piszą fanfici, inni próbują topić deski XD Miejmy nadzieję, że Daud ze swoim talentem nie przerzuci się na to pierwsze q-q
Staruszek ma swoje powody, ale jak zwykle będzie milczał jak grób, żeby inni mieli zagadkę ;-; Aż tak Billie nie lubisz?! D:< Co ona Ci uczyniła?!
Odmieniec sam wie, moja droga, Odmieniec sam wie c:
I vice versa, myślisz, że jedna Przepaść raz na jakiś czas mi wystarczy? *Zapędza ją do komputera*
Wzajemnie, teraz tego czasu w szczególności będzie mało, w końcu trzeba się edukować, a nie myśleć o wielorybach krążących w Pustce ;-;
Pozdrawiam!